Cholerne miasto…

Cholerne miasto, szaro-bure miasto. Brzydkie, nijakie, puste… jakby opuszczone. Ledwo kto tu chodzi, a jak chodzi to jest takim nibyczłowiekiem, cieniem. Pogodzeni z tym, że jest jak jest i lepiej na pewno nie będzie.

Odkąd tu przyjeżdżam jako gość mam wrażenie, że nawet niebo jest jakieś inne… że też jest szaro-bure i jakby biedniejsze. Jakby w tej części nieba nawet anioły dotknęło bezrobocie.
Miasto rodzinne zamiast tak jak zwykle szybko pochłonąć mnie, wypluć i dać zwiać, zacisnęło szpony na ramionach i trzymało z całych sił, pomimo, że wierzgałam, kopałam, gryzłam i warczałam.

Sprawy przedłużyły się i zwiały dwa busy… zabrakło mi dosłownie 7-10 minut i nie musiałabym czekać 2,5 godziny na następny. Chciałam już do domu, do Sprężyny. Bardzo.
Tęskniłam za Maluchem ogromnie. Poszłam więc do Biedry i kupiłam pieluchy… to trochę bez sensu wieźć je busem do domu bo mogłabym przecież kupić na miejscu… ale czułam potrzebę posiadania czegoś bobasowego, czegoś Sprężynowego.

Przy dworcu pełno budek z jedzeniem… nie wiem czy tak się powinno nazywać to co sprzedają… śmierdzi starym olejem, gównem, parówami z piór, szponów, skóry i papieru toaletowego. Grubaśna matrona kupuje początkującej pulchnej ok. 2-3 letniej dziewczynce hot doga polskiego za 3 zyle. Jest w nim masa łajna, posypanego ususzoną niby-cebulką. Dziecko piszczy z radości, matka się cieszy, a jej gruby brzuch podskakuje pod kurtką.

Siadam na dworcu autobusowym w którym niewiele światła. Oszczędzają… na dworze chyba też bo już szaro. Jest tu tylko kilka osób. Baba myjąca powierzchnię płaską wielką mopościerą. Sapie, dyszy i niemiłosiernie szura SZURR SZUR SZURRR SZUR kapciami – za duże – myślę. Facet w rogu tam gdzie słabe światło, podciągnął nogawkę do kolana i drapie się po łydce i patrzy kto na niego patrzy.

Młoda dziewczyna najpierw smsuje, żując pizzę z dziwnie bladym roztopionym serem – trupia pizza – przychodzi mi do głowy myśl. Potem przełącza telefon na tryb muzyczny, pakuje dwa fiutki w uszy i słucha, przeraźliwie szybko smyrając długimi paznokciami kurtkę ortalionową. Wzdrygam się raz za razem, bo takie odgłosy przyprawiają mnie o wkurw-dreszcze…

Wytrzymam. Oby wytrwać do 20:30. Potem 1,5 godz. jazdy, 15 minut czekania na autobus, jazda na swój koniec świata 25 minut, 10 minut przejść… i będą drzwi do mieszkania, a za nimi Małż i Sprężyna. Będę mogła dać mu delikatnego buziaka i wciągnąć Jego mleczny zapach…

Stan psycho-fiz.

Mój stan fiz. i psychiz. wskazuje na wyczerpanie co z kolei oznacza lekkie zeschizowanie. Objawia się to tym, że MAM WSZYSTKO W DUPIE. I to nie byle jak bo BARDZO GĘBOKO.

Norrrrmalnie mam taki odlot, że czuję iż me ciało zwinęło się w rogala tudzież stało się kołowate, a raczej kołem… W wyniku czego głowę aż po szyję mam we wspomnianej DE. Jest może trochę ciasno, może za ciemno, ale mnie odpowiada. Jest ok.

Dla ludzi żyjących obok stwarzam złudzenie normalności i udaję, że trzymam się pionu. Jednakże ze względu na to, że jestem tam gdzie wspomniałam, dla ssaka przebywającego na tym samym terenie działam na autopilocie i mówię mu: Małż + puszczam syczące: „%$#@^” …gdy zajdzie potrzeba oczywiście.

Czyli kiedy? A wtedy gdy:
- wstawi talerz z widelcem do zlewu, a nie do zmywarki,
- gdy w zmywarce umieści nieprawidłowo garnek,
- za to, że chrapał kilka nocy temu,
- za to, że przyszedł z pracy za późno… lub zbyt wcześnie,
- za to, że głośno kichnął i mógłby obudzić Sprężynę. Co prawda nie obudził ale MÓGŁBY!
- za to, że przymila się za bardzo… i wydaje mi się to zbyt podejrzane,
- za to, że za mało się przymila,
…za cichy chód po domu…

P.s.1) Nie, nie mam okresu… jeszcze.
P.s.2) Móc odreagować na ukochanym Małżu… BEZCENNE.
P.s.3) Kot ze zdjęcia jest taki sam… tylko, że On ma tak codziennie. Codziennie ma wszystko w de. tyle, że On zawsze się wysypia… bo ciągle śpi. Farciarz.

jak byłaś mała to…

Gadamy z Rodzicielką przez komiórkę: pitu pitu, tata rata, a Ty jak byłaś mała to…

No właśnie co pamiętam z tego jak byłam mała? A na przykład to, że miałam 3 smoczki. 1-wszy nówka sztuka do trzymania w lewej ręce, 2-gi do ssania i 3-ci w prawej ręce obgryziony do połowy, zużyty maksymalnie do… wachlowania nosa. Jeździłam tym 3-cim w lewo, w prawo po nochalu i to mnie uspokajało.

Poza tym gdy byłam mała to miałam taki ulubiony strój: koszulka z rysunkiem delfinków i niebieskie spodenki. Rodzicielka próbowała wcisnąć mnie w stroje bardziej dziewczyńskie co kończyło się zawsze rykiem.
Mawiała wtedy:
- to załóż chociaż do kościoła jakąś sukieneczkę… – tu następowała krótka pałza, a potem dodawała ciszej – przykryje przynajmniej te poobijane i pozdzierane kolana.
Wspominała też coś o lakierkach… ale w moim przypadku było to zupełnie nie do przejścia.

A zanim się urodziłam to myśleli, że w brzuchu Rodzicielki siedzi chłopak… i zastanawiali się nad im imieniem Konrad lub Maciek… Psikus!

Gdy byłaś/byłaś mała/mały to…? Uwaga bo wszystkiemu z uwagą przysłuchuje się kot szaro-bury…, czarno-biały jak zwykle wszystko ma w d… i śpi.

Telemarketing…

Brygada szarych komórek biega dziś po strychu w mojej głowie i grzebie w kartonach, w skrzyniach i ogromnej ilości pudełeczek. W każdym z nich znajduje różne wspomnienia. Mają daty przeszłe, a niektóre wręcz prehistoryczne.

Lubię czasami wypuścić szarą ekipę. Z zaciekawieniem czekam co mi przypomną. Dziś na przykład wygrzebali sprawy z początku mojej „kariery „telemarketera… Pracowałam w takiej „fabryce” w „kołchozie” prawie 5 lat. Potem przyjmujący mnie do pracy prezes pewnego wydawnictwa powiedział:
- 5 lat w firmie X? Hymm musisz mieć twardy tyłek. – coś w tym jest.

Pracowałam na różnych projektach. Pamiętam ostatnie dni pracy na przykład na sławnej Cyfrze +. Mieliśmy dość szefostwa, klientów, którzy sami siebie nazywali „abonamentami” i darli na nas paszczęki. Wiedząc, że nikt nas nie pilnuje, że nie kontroluje naszych rozmów robiliśmy sobie tzw. jajca. Zamiast przedstawić się zgodnie z wytyczoną formułką:
- Dzień dobry Cyfra +, Żona Nieposkromiona w czym mogę pomóc?
Mówiliśmy:
- Zakład pogrzebowy RADOŚĆ, kogo chowamy?
Albo:
- Szpital psychiatryczny, po kogo przyjechać?

Ludzie łapali się na te wkrętki. Na serio. Zdarzali się tacy co załapali się raz na szpital psychiatryczny, raz na zakład pogrzebowy i nic nie kumali i wykręcali dalej ten cholerny numer, myśląc, że coś źle wciskają. Wtedy jeszcze w domach zdarzały się tel. stacjonarne, a ci co mieli komórki myśleli, że jest jakiś błąd w połączeniu, albo, że zapisali sobie zły numer biura obsługi klienta.
Pamiętam też, że gdy jakiś klient komuś z naszej zaprzyjaźnionej paczki dał w kość, to spisywało się taki numer, odczekiwało kilka dni, a potem dzwoniło:
- Dzień dobry, dzwonię z gazowni. Okazało się, że w Pani/Pana mieszkaniu jest awaria gazowa. Mam serdeczną prośbę, żeby Pan/Pani podszedł teraz do kuchenki. Już? Ok. proszę teraz odkręcić kurek. Którykolwiek. Już? I jak lecą bąble?
Albo:
- Witam, czy rozmawiam z XY? Dzwonię do Pani z poczty, ponieważ od kilku tygodni czeka na Panią paczka. Jaka paczka? No z żelami do higieny intymnej na wszawicę.
Takich żarcików było wiele… jeśli kiedyś mieliście taki telefon… to sorry…

2 psiapsióły…

Weekend dla kobiety posiadającej małe dziecko, „siedzącej” w domu różni się od innych dni tym, że w ciągu dnia nagle, jakby niespodziewanie pojawiają się inni ludzie, którzy mają fajrant.
I tak pod mój sobotni, niczym nie różniący się dzień od innych, podpięły swoje dni 2 psiapsióły. Przyjechały wczesną porą.

Podelektowałyśmy się moim malibu z parapetu, pojadły ciasta marchewkowego (sama piekłam!!… bo nie trudne…10 minut roboty). Potem był obiad, który wypatrzyłam w internecie.
Powiem wam, że albo jestem total beztalencie kulinarne, nie trochę ale na serio total albo zdjęcia niektórych potraw tak jak i ludzie poddawane są fotoszopowi – łącznie z opisami tego jak powinno smakować. Nie wyszło źle, ale za rewelacyjnie też nie. Były roladki z indyka ze szpinakiem zapiekane w piekarniku i ziemniaczki – też z piekarnika.
Pomimo wcześniejszego przyprawienia mięsa nie było tak cudnie różowo-złote jak na foto tylko blade, a szpinak nie rozpływał się w ustach bo był lekko suchawy. Mój mały rozumek podpowiadał mi, że śmietana by się tam przydała ale, że w przepisie nie było to te myśli wyrzuciłam. Miało być zdrowo. Pierniczę zdrowo, następnym razem będzie trochę śmietany i fety.

Hitem dnia był tekst mojej zmalibuwanej Świadkowej:
- Dlaczego szary kot ma 3 dziury w dupie?
Jak będzie mi się pałętał to cpyknę tyłowi kociemu fotę, ciekawe czy też zobaczycie 3 dziury :))))

W niedzielę do mojego dnia w okolicach 10 podpiął się Małż. Wiedziony wyrzutami sumienia, że tak długo spał UWAGA:
- Pozmiatał – jednak wie co to miotła!!!!!!!!!!
- Zrobił zupkę – kochanyyyyyyyyyyy!!!
- Wyszedł ze Sprężyną na długi spacer – rozpływałam się ze szczęścia!!!

Ten blog czyni cuda, bo żeby nie było Małż Go czyta od samego początku. To nie tak, że obrabiam mu tyłeczek (haba haba tyłeczek),a potem udaje, że nie „zgrzeszyłam” i tulę się jak idiotka, o nie. Walę prawdę między oczy… jak widać to działa.

Monter…

Przyjechał pan monter podłączyć internet. Pogmerał w gniazdku, a potem zapytał o ruter. Niestety kurier nie zdążył dojechać:
- to Pani sobie już sama podłączy.
??? yyyy że co?
- jeśli będzie instrukcja jak to zrobić krok po kroku to tak,
- no raczej nie będzie,
- to raczej nie podłączę,
- a mąż?
- nie będzie Go ze 2 tygodnie – wypaliłam zanim pomyślałam i poczułam jak nos mi rośnie jak u Pinokia.
- a Pan nie może jeszcze raz przyjechać?
Okazało się, że może… Nie lubię jak ktoś próbuje wymigać się od roboty. Nie ładnie, oj nie ładnie tak.

Dzwonię do Małża, żeby powiedzieć, że mammy PRAWIE internet. Zadowolony nie był i faflunił mi się do słuchawki, że trzeba to załatwić i że musi facet przyjechać i basta i tysiące bla bla bla. W związku z tym, że nie chciałam wyjść na pierdołę zadzwoniłam na infolinię i umówiłam faceta na następny dzień na 9 rano. A co, niech dyma!

Jeszcze tego samego wieczoru mówię Małżowi, że jutro rano musi się schować bo przyjedzie Pan Monter, a ściemniłam, że Go długo nie będzie. Małż, że przecież o 8:30 przychodzi facet od pieca i że On musi przy tym być. Kurdeeeeeeeeeee… Wyda się i zostanę beznadziejną ściemniarą… uch kłamstwo ma krótkie nogi w pizduuuuuuu…
W okolicach godziny 22 Małż… podłączył ruter. Myślę, no to super odwołam rano montera i luzik.

Dzwonię rano znów na infolinię, a kobita mówi, że monter MUSI i tak przyjechać, żeby sprawdzić połączenie i coś tam jakieś numery gdzieś podać, żeby to aktywować… No dooopa.
Rano na szczęście zadzwonił kolo od pieca, że samochód mu padł i przyjedzie w następnym tygodniu. Ucieszyłam się i nakazałam Małżowi podczas wizyty montera siedzieć cicho w pokoju. Przecież zajmie mu to tylko chwilkę…

I monter przyjechał… przyjeżdżał i odjeżdżał co 10-15 minut z 4 razy… trwało to łącznie z godzinę… Małż tkwił w pokoju i czytał książkę… ja gotowałam kaszę, robiłam obiad dla Małego, piekłam mięso w piekarniku, a to zmieniałam pieluchę, a to zabawiałam Sprężynę, pozmiatałam…

Monter wyszedł, Małż zaczął zbierać się do pracy…
Los jest CHOLERNIE ZŁOŚLIWY bo miałam chłopa w domu i zamiast Go wykorzystać, żeby np. zajął się dzieckiem, albo pomógł coś ogarnąć w domu… to leżał i czytał… i to sama Go o to poprosiłam o ja duurna… Następnym razem 3 razy się zastanowię nim walnę głupotę!

A poniżej Małż z pudełkiem od rutera.

„List do Świętego Mikołaja”

Drogi Święty Mikołaju,

Mam nadzieję, że jesteś dziś na haju,
I że urobię Cię troszeczkę,
Bo podwyższam Ci poprzeczkę.
Nie chcę nowej torebeczki,
Ani pięknej sukieneczki.
Nie poproszę Ciebie o to
byś przyniósł
Kosmetyki albo złoto.
Mam natomiast wielkie pragnienie,
Żebyś wziął w swojej pracy zwolnienie.
Posiedź u mnie na chacie,
Będę Ci mówiła bracie.
Widziałam, że brzuchol masz wielki
Taka waga to nie ceregielki,
Proponuję Ci schudnięcie,
przez robotę lekką jak pierdnięcie.
Pozmywasz, pomopujesz, zlewy i wanny wyszorujesz.
Jedzenie przyrządzisz i Małego oporządzisz.
Ja polerze, Ty porządzisz!
Waga zleci, zachwycą się potem wszystkie dzieci.
Odmowy nie przyjmuję,
tygodniowym leżeniem
Odleżyny ryzykuję!

ZAUWAŻYŁEM…

Sprężyna śpi więc mam chwilę zawieszenia w czasoprzestrzeni… no i zadumałam się…

Tak sobie tu gderam na swojego Małża, że tego nie robi i siamtego… a co by było gdyby Małż się ZMIENIŁ???
Zamiast wstawać przed lub po 9tej, wstawałby np. o 7. Bawiłby się z Małym lub robił śniadanie, kawę. „Świeże bułeczki? Ależ proszę, kochanie, już lecę, będę za 3 minuty” – tak by mówił, albo „wiesz, przed wyjściem do pracy nastawię pranie bo ZAUWAŻYŁEM, że dużo się nazbierało”… po chwili: „nastawię za 10 minut, bo namoczyłem w Vaniszu kilka ubranek Sprężyny, bo widziałem, że są plamy”.

ZAUWAŻYŁEM… hymm ja Cieee, ale to by było. Gdyby powiedział ZAUWAŻYŁEM „cokolwiek” w domu to by było niesamowicie, niezła psychoza!

Wyobrażacie sobie, że Wasz Małż wstaje w weekend RANO i zajmuje się dzieckiem? …no chyba, że tak macie?? (Jak tak to zazdroszczę! W ewentualnym komentarzu poniżej okłamcie mnie, że macie tak samo jak ja plizzz – żart).

Albo, że mówi, że przyjdzie wcześniej z pracy (zazwyczaj kończy o 20 i jest przed 21) i faktycznie przychodzi WCZEŚNIEJ? To by było! Nie wiem nawet jak takie cudeńka ogarnąć w słowa, bo mnie zatyka z wrażenia, że tak mogłoby być. Jejaaa!
Albo jeszcze lepsza akcja! Małż bierze miotłę… albo nie! Bierze MOPA i MOPUJE PODŁOGI W MIESZKANIU! Łooooooooooo!
Ha! Mam lepsze! Myje kibel albo wannę i zlewy!

Hymmm w sumie jeśli tak bym te wszystkie wspaniałości zlepiła w całość to chyba trochę taki gej by wyszedł, nie? … i taki nie mój.

Fajne macie Mamy? Ja TAK!

Moja Rodzicielka to klawa kobitka. Jej cechą charakterystyczną jest MOWA.
Mówi, gada, nawija, ma słowotoki przerywane lekkimi zawieszkami i gwałtownymi zmianami tematów. Mówi do Taty – nawet jak nie słucha, mówi do nas jak przyjedziemy, do mojej siory i jej męża i dzieciaków też nawija, sama do siebie też. No jest niezła w te klocki, mówię Wam.

Rodzicielka ma też cholerną wkrętkę na gotowanie i ogólnie na tematykę jedzeniową. Gotuje, piecze, wytwarza nalewki (od Niej mi się to udzieliło) i DOKARMIA… dokarmia całą naszą rodzinę, przekarmia psa, a ostatnio nawet cztery koty, które zauważyła koło domu.

Ona jest takim prawie Czerwonym Krzyżem, czy jadłodajnią. Jest szczęśliwa gdy może dać jeść.
Jestem pewna, że gdyby była w moim wieku i miała dostęp do neta to założyłaby bloga kulinarnego, ale nie wiem czy by pisała, czy może raczej nagrywałaby filmiki, bo przecież musiałaby znaleźć ujście w gadaniu. Jest wspaniała, nie ma wątpliwości.

Dawno temu gdy mieszkałam sama i odmawiałam brania od Niej jedzenia, potrafiła pod moją nieobecność przed swoją pracą kazać się Tacie przywieść do mnie do domu, podrzucić żarełko i zwiać. Potem nie miała już takich możliwości przez kilka lat, aż do teraz gdy mieszkamy tuż obok ich pracy…

W ciągu trzech OSTATNICH tygodni była u nas już z: własnej roboty dżemami, sokami, ciastem, kiełbasą wiejską i kichą, z mlekiem prosto od krowy i jajkami bez pieczątek, które dostała od ciotki z wioski. Poza tym kupuje nam ciągle jabłka – twierdząc, że ma jakiegoś (cytuję) „wieśniaka”, który ma pyszne i na pewno niepryskane. Korba, korba.

Pomimo, że ładuje w nas jedzenie gdy się tylko da, nasza rodzina składa się z chudzielców(poza Nią bo ma trochę ciałka, ale nie można powiedzieć, że jest gruba). Przez to, że nie jesteśmy kształtni w pasie, tyłkach i gdzie tam idzie tłuszczyk, Ona myśli, że ZA MAŁO JEMY.
Wczoraj usłyszałam od Niej:
- Aleś Ty chuda jesteś. Nic pewnie nie jesz.
- Jak nie będziesz jadła to się zrobisz przeźroczysta.
Inne Jej teksty to:
- Zzieleniałaś jakoś. Ty w ogóle jesz coś?
- Cienka żeś jak witka trzcinowa.
- Jedz bo nie będziesz miała siły dziecka nosić.

Dziś zadzwoniła, że jutro co prawda nie będzie Jej w pracy ale wysyła Tatę z własnej roboty Mallibu, żebym sobie porównała ze swoim. Wymiękłam.

P.s. Dziś Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień, więc niech będzie, że ooo tak się uśmiechałam gdy musiałam rano wstać:
(wskazówki ustawione przypadkowo bo klok nie chodzi).

Słowa…

Powiem Wam coś… jarają mnie słowa…
Nie, nie chodzi mi o podniecacze wypowiadane podczas dzigi dzigi, nie.
Tylko o takie, które mają w sobie zawartą jakąś MOC. Chodzi mi o strong słowa, takie Pudziany, które wkradają się w głowę, wędrują po niej by potem przeistoczyć w wędrujące myśli, które z kolei rodzą wnioski.
Dziś przeczytałam takie słowa na fanpagu „Kobiecy punkt widzenia”. Posłuchajcie:

„Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz jest najlepszym sposobem jaki znam na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce.”
Steve Jobs

Mądre, nie?
I tak te słowa właśnie wlazły mi do głowy i namnożyły wiele myśli i … mam nadzieję, że też jako-tako sensownych wniosków. Bo kurde, tak sobie dumam, że naszym facetom to źle nie jest. Im łatwiej się realizować, mieć pasje, cele. Łatwiej im wyjść z domu. Raczej bez większego problemu mogą coś zaplanować. Ale to nie znaczy, że my kobiety nie możemy. Możemy, jest to cięższe do zrealizowania ale da się. Nawet jeśli je mamy to cholernie często są na zagrożonej pozycji i akcje naszych pasji, zainteresowań, fisiów spadają bo… dziecko, bo obiad, bo sprzątanie, praca, bo sił brak… Tak ja miewam.

W końcu zaczęłam pisać i jest mi lepiej.
To tutaj znalazłam sobie swoją kozetkę u psychologa na której mogłam się wyrzygać, wybebeszyć i okazało się, że jest to moją wkrętką (I że jeszcze ktoś to czyta! Ja pierniczę!)
Niby nic się u mnie nie dzieje, ale pisząc o niczym staram się sobie ustukać literami z tego niczego historyjkę… i stało się tak, że jak przychodził Małż późno do domu, tuli, całusy daje i pyta co u mnie… to … to mam mu o czym opowiedzieć. A to o kaczkach, a to o dzieńdobrakach, o bajkowym osiedlu…
Do czego dążę? Że nie chcę być tylko mamą i żoną, pomimo, że to KOCHAM CAŁYM SWOIM SERDUCHEM – chce mieć też coś SWOJEGO.

Dużo łażę po blogach, szczególnie kobiecych i czytam (uwielbiam to!) ciągle o DZIECIACH pomimo, że owe mamy myślą, że jak napiszą: „mała/e śpi, a ja mam wreszcie czas dla siebie”, że piszą o sobie… a prawda jest taka, że i tak klepią tylko o dzieciach.
Pomijam fakt, że prowadzenie blogów sprowadza się w wielu przypadkach do 1 zdania… Wolałabym zajrzeć do ich głów i dowiedzieć się co myślą o swoim wolnym czasie lub co myślą, czują o czasie spędzonym z dzieckiem jeśli tak o nim chcą pisać. A jeśli piszą, że „małe się zesrało” to niech nie zaczynają i jednocześnie kończą wpisu tymże WSTRZĄSAJĄCYM zdaniem, ale niech dadzą cynk światu jak to jest jak dziecko się tak FANTASTYCZNIE zesrało. Co myślały, co czuły – i nosem i głową… cokolwiek, aby dowiedzieć się co przeżyły i jak to przeżyły, przecież to musiał być mega ważny moment skoro o nim wspomniały (159 czy 311 znajomym).

Kurde, przecież kobieta też człowiek, może czytać, pisać, malować, szyć, oglądać filmy, gotować, biegać, układać lub rozwiązywać krzyżówki, robić zdjęcia… nawet jak nie możemy wychodzić tak często z domu jak byśmy chciały to i tak możemy mieć swoje wkrętki.

Nie jestem ekspertem od motywacji, ale kuźwa, ruszmy głowami… róbmy coś dla siebie. Analizujmy, myślmy, patrzmy, gapmy się itd.
Żeby nie było, że jestem gołosłowna i że gderam, a sama dupy nie ruszam, postanowiłam, że dokończę coś co zawiesiłam ze 2 lata temu, czyli przed ciążą …dopiszę historię, którą nazwałam (wielkie słowo) książką.

…no i masz… pisałam, pisałam, podjadałam czekoladę i zjadłam pół… ten blog da mi nieźle w tyłek!