Co ona się tak czepia?

Jeszcze jedna taka notka o temacie Goryl i zaczniecie znikać, trzaskać drzwiami i wynosić się z tego bloga. Bo ile można, ile można?? No powiedzcie sami ile można??
Można… pomyśleć, że co ona się tak czepia, po cholerę tak ściera opuszki palców klepiąc ciągle na temat tego bidnego Goryla? A czemu On winny? Przecież chłopina musi mieć stalowe nerwy, żeby wytrzymać z taką wredną babą…
A myślcie sobie trudno…
Gdy byłam nastolatką często przyglądałam się zakochanym parom i małżeństwom… W kwestii tych pierwszych – chciałam też tak, a w przypadku tych drugich myślałam, że nigdy nie dam się wplątać w związek gdzie babka jest sprzątaczką, a facet leży na kanapie przed tv. Byłam święcie przekonana, że starczy mi zapału, żeby stworzyć wymarzony związek albo że przecież jestem taka wyluzowana, że ze mną każdy się dogada. Tak… myślałam, że będę cool partnerką dla swojego faceta i będziemy się dzielić wszystkimi obowiązkami i on też będzie wyluzowany i cool, więc wszystko będzie cool.
Tymczasem mimo, że się naprodukuję tu, że mówię, proszę Goryla, żeby w czymś mi pomógł… mając nadzieję, że zrobi to i potem po wykonanym „zadaniu” nie będzie przez tydzień leżał do góry kopytami i wspominał każdego dnia: „fajnie to zrobiłem? Zadowolona jesteś, że masz takiego pomocnego męża?”
Bo mąż myśli, że jak w końcu COŚ zrobi to potem można leżeć przez kilka dni. Tymczasem pomoc przydałaby się każdego dnia. Wiem, że pracuje i dlatego staram się mu nie ględzić za bardzo. Większość rzeczy robię sama… wydawać by się mogło, że może pomóc gdy nie pracuje… na przykład w tym tygodniu miał wolne. Wolną miał tez chatę bo co rano pakuje manele i jeździmy ze Sprężyną na cały dzień do Rodzicielki wspomóc ją w opiece 2 dzieci (2 i 8 lat) mojej siory. Wcześniej pomagał Jej tata, ale na razie nie ma jak. Dzięki temu, że tak siedzimy we dwie, maluchy bawią się razem, a Rodzicielka może wyjść do sklepu, na pocztę, albo najzwyczajniej w świecie może spokojnie coś ugotować bez ciągłego sprawdzania czy dzieciaki nie włażą po ścianach.
Goryl miał więc czas, żeby pomóc… Poniedziałek zapowiadał obiecujący tydzień bo kupił i wniósł kanapę do kolesia, który wynajmuje od nas mieszkanie. Na serio się cieszę. A co poza tym zrobił w tym tygodniu? Zrobił 2 razy zupę i próbował dziś pojechać do Zusu w mojej sprawie… nie zdążył. Pocałował klamkę.
Kilka konkretnych miesięcy temu gdy wkurzyłam się, że traktuje dom jak hotel powiedział:
- to daj mi jakieś zadania bo nie wiem co mam robić!
Został mianowany Opiekunem Łóżka. Opiekun Łóżka miał codziennie ścielić wyro… tym bardziej, że i tak wstaje z niego ostatni. Miał też zmieniać pościel. Miał, kotek, miał… Poprosiłam Go dziś rano, żeby to zrobił… zapomniał. Zrobiłam to sama. „Cieszę się”, że codziennie dawał radę chodzić na siłownię i wstawać po 9tej.
Dziś obiecałam sobie, że postaram się, bardzo postaram się… nie prosić więcej nikogo o pomoc. Prośba o pomoc będzie uruchamiana tylko w krytycznych sytuacjach. Być może jest to ostatnia taka notka o Małżu bo później nie będę miała powodów do wkurwa, bo przecież o nic Go już nie poproszę…
Nie, nie wkurzyłam się, nie. Jestem bardzo spokojna. Teraz np. zostawiłam Go z dzieckiem w salonie, a sama zamknęłam się w małym pokoju. Notka w stylu „wyżal żal na blogu”, a potem robota do późna. Jutro wieczorem wyjeżdżam z małym i Rodzicielką na weekend do domku pod Warszawą. Męża nie biorę, niech odpocznie…

Nieposkromiona Żona na fejsie

Kim chciałaś/chciałeś być gdy dorośniesz?

Małe dzieci lubią mówić: „jak dorosnę to zostanę pilotem/strażakiem/lekarzem/aktorką/piosenkarką”… też tak mówiłam tylko wybrałam sobie zawód malarki albo weterynarza.

Malarką nie zostałam bo wiele lat temu przestałam malować. Kręciły mnie komiksy, które miałam w głowie ale nie wiedziałam jak je z niej wyrzucić. Weterynarzem też nie zostałam bo… za dużo nauki. Takkk, bywam leniwa. Jestem taka ze średniej półki, bez konkretnego powołania i talentu.

Wybrałam najpierw L.O. z klasą o profilu pedagogicznym, takim mało określonym i sprecyzowanym bo niby coś tam jest ukierunkowane, a mimo to można to zawsze olać i studiować cokolwiek. A studia? Najpierw 2 miesiące fizjoterapii, potem 2 lata dziennikarstwa, rok marketingu i zarządzania (co za shit!), no i w końcu resocjalizacja 5 lat… którą w końcu skończyłam tadaaaa!

Z pracą też nie było jakoś za rewelacyjnie bo nigdy nie miałam tej siły przebicia i wiary w siebie, o której rzygałam wczoraj na blogu. Najpierw 5 lat w telemarketingu, potem 5 lat w wydawnictwie, gdzie siedziałam w znienawidzonych liczbach i tabelkach… Dopiero pod koniec mojej „kariery” TAM, zaczęłam się przebranżawiać.
I mimo to, że coś tam sobie klepie i robię to co lubię to od dawna mam inne marzenie zawodowe…

Uwaga…

Hymmm…

No dobra, „powiem” to szybko i jak się ktoś zaśmieje głośno to wyprowadzę obrażona za ucho!

CHCIAŁABYM PRACOWAĆ W ZOO!!
:)

Na serio o tym marze. Tylko w ubiegłym roku byłam w Zoo ze 3 razy. Ktoś może powiedzieć, że mam namiastkę Zoo w domu ze względu na Małża, który podczas pisania tego bloga z czasem stał się Gorylem… ale to nie to samo. Kasiory tam nie zbiję… wiem, ale to Mąż chce być milionerem, a ja tylko skromną żoną milionera. Kupy zwierząt i smród mnie nie zniechęcają bo przecież codziennie sprzątam kocie sranie, a robiąc pranie mam styczność ze skarpetami Męża … mam też bliskie spotkania z Jego butami po treningu. Jak widać dużo mogę znieść i twarda jestem…

Mogłabym się opiekować dzikimi kotami, słoniami… albo hipciami – podobno jest nowy bo urodził się w ubiegłym roku.

Szkoda, że do Zoo w Warszawie mam tak daleko. Dojeżdżając tam… oczywiście zakładając, że by przyjęli, musiałabym w obie strony tracić codziennie najbidniej 3 godziny. No a co ze Sprężyną?
Echh… jak widać cholerna Puławska brutalnie zabija moją karierę w Zoo zanim się zacznie…

A Ty kim chciałabyś być… gdy dorośniesz?? >;0)

Nieposkromiona Żona na fejsie

Żeby nie było, że ciągle coś mi nie pasi w Małżu… To notka o tym, że czegoś On u mnie nie lubi…

Nie znam bardziej zdeterminowanego i zmotywowanego do działania człowieka niż mój Goryl. Ma w sobie jakąś taką moc, która sprawia, że stawia sobie cele i do nich dąży. Tropi je krok po kroczku. Często planuje, myśli i przybliża brwi do siebie, nieraz też sam do siebie machnie ręką, albo kiwnie głową. Ewidentnie dobrze się rozumie.
Zdarza się też prawie codziennie, że ta siła, ta moc porusza Jego ciałem jak u lunatyka. Chodzi wtedy od ściany do ściany. Nie wiem czy On to czuje, czy o tym wie, czy to się samo tak dzieje?? … jestem za to pewna i przekonana, że gdyby miał ciapy wymazane niewidzialną farbą, która ujawnia się i świeci po spryskaniu specjalnym sprayem jak w serialu „CIS kryminalne zagadki Majami” to okazałoby się, że wydreptał ścieżkę konkretną. Że w pokoju owszem pełno różnych jego ciapowatych maziajów, ale od ściany w salonie, do okna jest tego najwięcej… szlak tajny. Powstałaby ścieżka zamyślenia i ścieżka planowania.
Goryl zjadł wiele książek biznesowych, sukcesowych, pełnych myśli o bogactwie. Lubi to. Nakręca się tym i działa. Dusi mnie o to samo, bo twierdzi, że nie mam w sobie olbrzyma. Dostałam nawet od Niego książkę „Bogata kobieta”… zaczęłam czytać, żeby mu zrobić przyjemność, a ponadto pomyślałam, że chętnie dowiem się jak wypełnić swoją portmoneteczkę tym bogactwem. Przeczytałam pół… kobieta bogata zainwestowała w nieruchomość, którą później nieźle opyliła, a potem za to co zyskała znów zrobiła zakupy w nieruchomościach, a potem wynajmowała i sprzedawała i kupe kasy miała… i ma podobno nadal. Wkurwiła mnie ta bogata baba. Weź kup sobie nieruchomość… jedną mam i nie opłaca mi się jej sprzedać. Wynajmuje za kasę, która spłaca mi za nią kredyt. Gdybym miała szmal na nieruchomość bez kredytu, gdybym miała możliwość ją później opylić też bym to chętnie opisała i również baaardzo chętnie szczerzyłabym się perlistym uśmiechem na okładce.
Mąż próbuje wbić mi do głowy, mniej więcej to, że powinnam myśleć o sukcesie i ten sukces będzie mi wtedy łatwiej osiągnąć. Sprawa ze mną ma swoje drugie dno… De-eN-O. Wychowałam się w mieście, w którym z pracy się cieszyło jak była. Trudno było mówić o pracy marzeń, czy o robieniu kariery i odnoszeniu sukcesu. W Warszawie z której pochodzi mój małżonek ludzie uważają, że dużo im się należy za to, że skończyli studia, że się starają, że pracują od rana do wieczora i nie wiedzą, co dzieje się za oknem. Tu jest inaczej. Mimo, że mieszkam poza zdołowanym Radomiem już od około 11 lat to nadal mam w sobie zakorzenioną pokorę za to, że mam w ogóle co robić i że trzeba się narobić, żeby zarobić i nie ma co się wychylać bo cię jeszcze wyleją.
I o co mi cho? Chodzi mi o to, że może chciałabym się umieć docenić i wycenić tylko, że mi pasi być tą małą myszką co siedzi w kąciku i dłubie i nie lubię robić wokół siebie za dużo szumu… wole jak mi szumi w głowie po naleweczce lub po piwku.
No… i to była notka o tym, że ing i jang są różne… a różnice jak widać się przyciągają. Bo jakbym była taka sama jak Goryl to byśmy pewnie razem nie byli. Więc niech On nosi olbrzyma za nas dwoje, a ja będę dzielnie znosiła smrody z Jego torby po treningu…

Nieposkromiona Żona na fejsie

Słuchaj Mirka, chciałabym Ci się zwierzyć z pewnego mojego kłopotu…

W dzisiejszy dzień wybuchło wszystko!
W pierwszej kolejności ja z Gorylem i to po parę razy: JBUT, PIERDZIUT, ŁUBUDU! – od razu wszystkim zbereźnikom wytłumaczę, że z sexem to nie miało nic wspólnego. Wydarłam się, rozdarłam wewnętrznie i rzuciłam kilkoma kawałkami mięsa o ścianę tuż za nim stojącą jakby w obronie, jakby chciała ta ściana rzec: ja tu za nim murem stoję!
Potem… i nie chodzi o to co pod pachą się niektórym skrapla… lawina słów szeptana przez mikrofon telefoniczny z siostrą, że dlaczego, a jak naprawić, co zrobić, i słowa powracające jak bumerang: mama, tata, płakała.
I jeszcze właśnie ta nasza mama co wczoraj płakała i sprawiła, że i ja szczałam swoimi gałkami… Pogadanka długa, nie nudna, wiele wyjaśniająca, dająca trochę zrozumienia i nieporozumienia, lekkiej goryczy, a na koniec też i słodyczy. Moja mama co mówiłam na nią: tornado, kobieta torpeda… taka delikatna się zrobiła, taka krucha jak szklaneczka, jak laleczka z porcelany… Gdzie ta siła się z niej wypłukała, gdzie ta moc, która w niej szalała? Dlaczego Jej włosy nie są już tak do końca koloru blond? Mówiła, że chce się schować pod numerem 218 Palett. Jutro rano pobiegnę do sklepu ją kupić, żeby oszukać trochę siebie i Ją i przykryć srebrzyste niteczki.
Nie wiem jak będzie dalej, bo oni wszyscy pomiędzy sobą się nie rozumieją, a ja stoję w środku jak na rondzie pies, który zgubił się w okolicy i nie wie jak wrócić bo węch stracił. Co przejedzie auto to albo na psa zatrąbi, albo ktoś zagwiżdże, albo kiełbasą nęci… i pies stoi jak głupi.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Bez kija nie podchodź!

Przez weekend wniosłam się chyba ponad wszystkie poziomy i osiągnęłam stan w którym mam najnormalniej w świecie dość wszystkiego…
Mam dość zamartwiania się wszystkimi pieskami i kotkami na świecie z powodu mrozu, mam dość zastanawiania się, czy nie cierpią, czy ich nikt nie tłucze, czy mają budy ocieplone i napchanej słomy. I mam dość, że pomimo, że mam dość to i tak zamartwiać się będę!
Mam dość bycia ciągle wdzięczną za każdy ludzki wysiłek, za mały gest!
Mam dość tłumaczenia mojej Rodzicielce, że chcę Jej pomagać sama z siebie i że to żadna łaska, że nie robię niczego na siłę, że chcę podjechać na stację benzynową po ten cholerny starter nie dlatego, że muszę, że łachę robię ale dlatego, że do kurwy nędzy chcę!
Mam dość tego ciągłego poczucia winy, że kogoś uraziłam, że niejasno się wyraziłam, że mi się bzykać nie chciało!
Mam dość proszenia o pomoc i przypominania, szukania rzeczy, które są na widoku pomimo, że ich nie widać!

Nieposkromiona Żona na Facebooku

Jaki ojciec taki syn

Dinozaury wymarły, setki i tysiące różnego rodzaju gatunków zwierząt padnie, pszczoły wyginą… bo ewolucja, bo skażenie środowiska, bo za dużo chemii… Może i nawet płeć piękna wyginie ze względu na swą sterylność i higienę… ale przetrwa mężczyzna.
Facet da radę żyć w naprawdę ciężkich warunkach… i nie mam tu na myśli wojny, czy robót w kamieniołomach… chodzi mi o otoczenie w którym bytuje.
Przyjeżdżam popołudniu do mieszkania. Nie było mnie w nim od piątkowego poranka, czyli niedługo. Goryl otwiera drzwi, a tam…? Nie wiem czy jestem naiwna, czy może za dużo wymagam?? Bo przecież nie mogłam oczekiwać, że po dniu i nocy mojej nieobecności mieszkanie będzie wyglądać tak jak wtedy gdy we trójkę je opuszczaliśmy. Dodam tylko, że Goryl wczoraj był cały dzień w pracy i wrócił między nasze ściany ze Sprężyną dopiero na wieczór. Na wprowadzenie chaosu do mieszkania miał więc tylko wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. Jednak okazuje się, że w krótkim czasie da się wiele zrobić.
No więc otwiera mi te drzwi, a tam…? Total pierdolniczek. Stolik w salonie zawalony ubraniami, zabawkami, bucikami i kurtką i czapką malucha. Podłoga usiana skarpetkami i gaciami Goryla – w ten sposób pakował się bo mieliśmy zaraz wyjeżdżać… Na kanapie pełno pieluszek, chusteczek do dupki, gazet i książek, jakiś katalog i notes, a to wszystko pod stertą ciuchów, czyli między innymi 2 swetrów i bluzy. Nic z tego nie jest do prania bo cytuję: „jeszcze w tym chodzę” …w tylu na raz? Nie za grubo się ubiera?? To się chyba nazywa strój „na cebulkę”.
O kuchni nie chce mi się pisać… wspomnę jedynie o zapachu… hymm jak opisać ten smrodek, ten wkradający się do nosa swąd?
- Co tak śmierdzi? – pytam zaciekawiona.
- Nie wiem, może z kosza. A wiesz jakie mały zrobił dziś kupy? Takie małe dziecko tyle sra?
- No sra. Ale nie czujesz tego? Przecież tu strasznie śmierdzi.
- I to takie duże te kupy zrobił! On pewnie za dużo je!
- Gorylu, małe dzieci robią spore kupy. To z kosza tak wali?
- Tak, z kosza.
- Nie trzeba tego wywalić przynajmniej na balkon?
- Miałem właśnie wynieść.
To moje ulubione zdanie: „miałem właśnie COŚ TAM” :)
Nasze małe dziecko, płci tej samej co Małż, już teraz przejawia te same objawy. Jest w stanie siedzieć w zakupkanej pieluszce i bawić się, i jeść. Gdyby nie jego skupiona minka podczas wydalania i dolatujący smrodek, to nie kapnęłabym się, że coś zrobił bo jemu to nie przeszkadza.
Cóż potwierdza się, że jaki ojciec taki syn :)

Nieposkromiona Żona na Facebooku

Fajkju

Zamykam oczy i mam kilka lat. Niecałe dziesięć…
…jesteśmy z rodzicami i ze znajomymi mających dzieci w tym samym wieku co ja i siora, na wakacjach w Bułgarii. Jest mega ciepło, wręcz upalnie, wesoło, radośnie i mamy niesamowicie dużo energii.
Mieszkamy w namiotach wyglądających jak małe domki. Kemping położony jest nad samym morzem, więc po kilka razy dziennie chodzimy się kąpać i bawić na plaży. Jest wspaniale! Moja koleżanka Kaśka jest tak samo szalona jak ja mała blondyneczka, korzystamy więc z każdej okazji, żeby zwiać rodzicom i zwiedzać okolicę. Najfajniej jest wieczorami gdy upał już tak nie doskwiera, rodzice jedzą kolacyjkę, popijając rakiję, a my we dwie idziemy śledzić nasze siostry… pod samą dyskotekę!
Moja siorka wytłumaczyła mi, że jeśli ktoś będzie nas zaczepiał mamy wiać do rodziców do namiotu. Biegamy szybko, więc się nie boimy. Poza tym dowiedziałyśmy się z Kaśką od jakiegoś dzieciaka, że nawet jeśli Bułgarzy nas nie rozumieją to możemy pokazać środkowy palec mówiąc „fajkju”, to podobno oznacza „odwal się”. Oczywiście nadużywamy tego tekstu i zdarza się, że dwóch Bułgarów chce nam spuścić łomot. Na szczęście nagle pojawiają się siostry i stają w naszej obronie. Chłopaki tłumaczą naszym bohaterkom, trochę na migi, trochę po angielsku, że pokazałyśmy środkowy palec i język. Potem dowiadujemy się, że „fajkju” to trochę gorzej niż „odwal się” i że mamy tego nie mówić bo kiedyś dostaniemy wpierdol. Mało się tym przejmujemy i „fajkujemy” dalej.
Kilka dni później idziemy z rodzicami na wieczorne ognisko na wydmy. Nagle chłopak – Polak, którego poznałyśmy podczas zwiedzania okolicy, nazywany przez nas Pimpuś Sadełko, krzyczy:
- coś tam skacze! – i pokazuje palcem w stronę morza…
Odwracamy tam głowy i naszym oczom co jakiś czas ukazują się skaczące wśród fal dwa delfiny. Mam zaledwie kilka lat ale wiem, że magia istnieje…
Czasami tak mi tego brak… tego, że jestem mała, mam wszystkich w dupie i jak coś mi nie pasuje to mówię po prostu „fajkju” i zwiewam.

Nieposkromiona Żona na Facebooku

UWAGA: Text jest poważny i nudny bo nie o Małżu, a na dodatek zawiera wulgaryzmy. Osoby wrażliwe proszone są o opuszczenie pokoju…

Rodzice zawsze byli dla mnie skałami. Nie do ruszenia. Twardzi, mądrzy, pewni swego, chroniący przed upałem i deszczem, zawsze odbierający telefon i zapraszający do siebie na ukojenie, na pyszne jedzenie, na dobre słowo, na uścisk i buzi w policzek. Teraz widzę, że nic nie jest wieczne, że Rodzicielka jakby lekko ugięła się pod ciężarem powietrza, a Tata jakby nie rozumiał, że czasy współczesne to dżungla i że aby przetrwać trzeba trochę pokory i że nie da się ciągle uciekać. Jakby zdziecinnieli, a ja jakbym lekko wydoroślała.
Wielokrotnie mówiłam, że kiedyś to ja z siostrą będę pomagać rodzicom. Że się im za wszystko odwdzięczę bo są tak dobrzy i wspaniali. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to tak nagle nastąpi i że to nie jest wcale takie proste jak wypowiedzenie tego zdania. Okazało się, że to trudne i że się tego najnormalniej w świecie cholernie boję.
Od dwóch dni z siostrą jeździmy późnym wieczorem samochodem i płaczemy. Potem wysiadamy z auta i udajemy twardzielki… a obiecywałam sobie, że nigdy nie będą nosiła masek.
Tak się boję, ja pierdolę… tak się boję…
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że masz wrażenie, że coś się poważnie spierdoliło i nic nie jest tak jak dawniej… wyglądasz przez okno, a tam???? Nic się nie zmieniło… kolo nadal popitala z łopatą i odśnieża, ktoś idzie do sklepu, dziecko jakby nigdy nic znów zrobiło kupę i cieszy się do twojej ponurej facjaty… Twój mały dramat jest zupełnie niewidoczny, jak ty w tłumie.

Nieposkromiona Żona na Facebooku
Dżem \"Do przodu\"

Mój Goryl ma parcie na szkło… a raczej na monitor…

Oczywiście, że Małż czyta bloga. Chyba go nawet lubi. Zagląda codziennie i sprawdza notki i komentarze. Czasami dzięki temu co napiszę, a Wy odpiszecie, dociera do Niego jak niektóre sprawy są dla nas wkurzające, czy jak nam matkom ciężko.
Wczoraj wieczorem nawet pomyślałam, że On lubi gdy o Nim piszę i że czuje się taką cichą gwiazdą tego bloga… boooo…
…jest prawie 24, jestem w łazience i myję zęby, a On wchodzi i mówi:
- bo tak pomyślałem, że mogę Ci podpowiedzieć temat do następnej notki na blogu.
- o szyyym? – pytam spieniona pastą?
- no mogłabyś na przykład zrobić zdjęcie moich śmierdzących butów do koszykówki i zapytać swoje kumpele z netu, czy buty ich facetów też tak sztynią?
- no cos Tyyy, nieeee…
- no weź napisz.
- ej a może Ty chcesz się tak dowartościować i pokazać, że mój mąż trenuje koszykówkę i że ćwiczy, a mężowie innych babek siedzą z pilotem od tv?
Urósł jakby trochę, wyprostował się, napiął mięśnie…
- nieeee, nie o to chodzi. Chciałem Ci jedynie pomóc.
Eche!
Faktycznie buty sztynią tak, że jak postawi je po treningu na korytarzu to czuję je w salonie… a nawet czasami w kuchni. Mąż nazywa to kwintesencją sportu i zachwyca się tym aromatem, mówiąc, że jeszcze fajniej jest w szatni.
No to kumpele z netu, buty Waszych mężów też tak sztynią???

P.s. Zdjęcia z butami nie zrobiłam bo wziął je na trening… ale znalazłam w sieci całkiem niezłe. Kot prawie podobny… jakby się go pomalowało na czarno-biało lub szaro-buro, to bez problemu przypomniałby któregoś z naszych.

Nieposkromiona Żona na Facebooku

W związku z tym…

W związku z tym co napisałam w niedzielę o małżowych przypadkach, między innymi o trzymaniu pustych pojemniczków w lodówce z… powietrzem, wczoraj gdy wrócił z pracy:
najpierw rozładował zmywarkę (pisałam, że nie chce mu się schylać i wyciągać wymytych naczyń), a następnie stanął przede mną siedzącą przed kompem, jak chłopczyk w szkole przed biurkiem Pani Nauczycielki. Tyle, że zamiast jabłuszka w dla niej/mnie w prezencie, trzymał pusty plastikowy pojemniczek, a następnie wyrecytował:
- droga żono, oto pusty pojemniczek po pasztecie. Może jest trochę brudny, bo dziś niosłem w nim do pracy owy pasztet. Schowam go do lodówki, bo chcę powietrze z tym pasztetem przechować do jutra rana, bo jutro ponownie zładuję go pasztetem, a nie chce mi się go myć.
Kocham tego blogaaaa… :))))))))))))))))

Nieposkromiona Żona na Facebooku