Jakby to było gdyby już zawsze zimno było?

Podczas studiów na pierwszym roku (czyli dawno, dawno temu) poznałam pewną Edytę chyba Pe..coś tam. Nazwiska jak zwykle nie pamiętam ale twarz tak. Zawsze taka szarobura i ponura i taka sama nieruchoma mina z ustami w poziomą kreskę „-„. Zawsze jakaś taka depresyjna. Mówiła, że pracuje w sklepiku spożywczym w podziemiach dworca centralnego i stąd to całodobowe przygnębienie, że nic jej nie cieszy i że ona przez tą prace pod ziemią taka jest. Poszła do lekarza po poradę, a on kazał jej się naświetlać lampą. Miała sobie robić takie sztuczne słońce i udawać, że ją grzeją prawdziwe promienie. To miała być jej drabina po której miała wyjść z wielkiego doła.
Na drugim roku widziałam ją może ze dwa razy. Opalona i wesoła. Nie od lampy. Od słońca zagranicznego, bodajże we Francji. Pojechała tam zbierać i pakować warzywa. Szczęśliwa była bo w końcu przebywała na a nie pod ziemią. Może jej nowa praca wydawała się za mało biurowa i menadżersaka i niewiele miała wspólnego z elegancją, strojami w kancik, butami na wysokim, lakierem z Sefory i kawą ze Starbucksa przegryzaną nienagannie wypiętą muffiną z mąki pełnoziarnistej w bibułce ładniejszej niż niejedna podpaska ale ewidentnie była szczęśliwa i radosna bo miała słońce.
I tak wygrzebując Edytę z pamięci wyobraziłam sobie jakby to było gdyby to się nigdy nie skończyło. Jakby tak już było zawsze? Tak zimno, z wiatrem, który przesuwa po twarzach żyletkami, z białobrudnymi mydlinami na ziemi, z sinymi twarzami wciśniętymi we włóczkę lub ciasno owiniętymi w materiał jakby miały trzymać włosy i to co pod nimi. Jakby to było gdyby słońce już nie głaskało promieniami? Jakby to było gdyby już zawsze nad nami wisiała zawiesina jak w garnku przy gotowaniu mięsa? Jakby już zawsze były szumy???
Czy człowiek przyzwyczaiłby się, czy może cierpiał męki? Czy z powodu braku słońca nasze organizmy jakoś by krzyczały? Czy drgałaby nam powieka jak przy braku magnezu? Czy dałoby się tą pustkę doładować jak jakieś puste konto? Czy ktoś przemądry wymyśliłby tabletki ze słońcem?
No wiesz… łykasz taką tabletkę jajowatą, z przedziałkiem jak dupa, mija kilka minut i nagle razi Cię słońce. Czujesz ciepło, rozkosz, że cię razi i mrużysz śmiesznie oczy i weselej jest. Zakładasz okulary przeciwsłoneczne i odgradzasz się nimi od szarych chmur myśląc, że chronisz oczy przed ostrym słońcem i promieniami uv.
- Co się tak uśmiechasz i co tak mrużysz oczy? – pytaliby się ludzie nawzajem.
- Mrużę bo łyknęłam/łyknąłem trochę słońca – odpowiadaliby inni.
Byłoby to też wspaniałe rozwiązanie dla tych, którzy cierpią na bezsenność. Na przykład dla mnie bo mam czasami takie noce, że kołuje jak samolot po pasie startowym pomiędzy sypialnią, a łazienką, salonem i kuchnią. Krążę. Łatwiej byłoby mi lądować w słońcu niż po ciemku. Może tak często nie obijałabym stóp o krawędzie nóg łóżka, stołu, kanapy… Słońce ratowałoby je. Może te tabletki ratowałyby też ludzi przed wpadnięciem do osobistych dołów, od depresji i przed zawieszaniem korali ze sznurów podczepianych do żyrandoli i przed jazdą samochodem z górki na pazurki…. Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii…….
…BUM!
Kto wie, kto wie… jak to by było gdyby już zawsze zimno było…

Nieposkromiona Żona na fejsie

Wylatują z mej głowy motyle!

Kobieta w radio mówi, że wita w piątek. Taaaa?? Nienormalna?! Piątek?! Nie może być, nie… A nie środa? Jeśli zapowiadaczom dnia dać tyle wiary ile prezenterom pogody to… to jednak nie wierzę. Mam środę.
Ale bez względu na dzień, co dzień rozpałaszam twarz na szybie balkonowej tuż przy buzi Sprężyny i wyszukuję jakiejś zielonej kępki, jakiegoś małego nieśmiałego źdźbła… ale nie ma. Nie mogę już tej zimy, nie mogę… przypomina mi się taka myśl zasłyszana i w głowie przechowywana na czasy kryzysu, że człowiek zniesie wszystko, a ja dodam, że to jest właśnie nie do zniesienia, właśnie to, że zniesie wszystko.
Zdarzyło mi się w ciągu tego tygodnia porozmawiać przez telefon z koleżanką Sylwią. Rozmawiała ze mną mając w uchu zestaw słuchawkowy i idąc do kibla na stacji benzynowej. Mówi, idzie i drzwi pcha, zamiast ciągnąć:
- Ty też tak masz, że jak pisze na drzwiach „ciągnij” to pchasz?
Niby takie nic pytanie, taki zero zastanawiania na nie przy odpowiedzi, a jednak mnie tak zaskoczyło, że mimo swego naturalnego rozgadania nie wiedziałam co rzec. Jakby to było pytanie o egzystencję, o przyszłość świata…
- Nie wiem, kur*wa nie wiem… – dukam zdezorientowana.
- No ale jak to nie wiesz? – chichocze Sylwia.
- No nie wiem, bo dawno nigdzie nie wychodziłam…
Obie zaczęłyśmy się śmiać, zdając sobie sprawę z tego co powiedziałam, z tej prawdy, z gorzkości, śmieszności i dobitności tych słów…
I tak sobie nad tym myślę siedząc w wieży z cegły pustakowej na piętrze pierwszym, jak to kiedyś było z tymi księżniczkami zamkniętymi z małymi paniczami w wieżach domowych, jak to było gdy nie było tej Nokii i Samsunga, nie było tego tworu szatana – internetu… jak to było gdy kontaktu ze światem nie było… samotność matki nabierała wtedy głębszego znaczenia, innego kosmicznego wymiaru. Myślę, że wtedy te matki były nieświadome, mniej chcące i wymagające… choć teraz wydaje mi się, że tak niewiele chcę… tylko… wyjść na zalaną słońcem łąkę i zobaczyć jakiegoś motyla.
No ale…
Postanowiłam mniej narzekać i dostrzegać pozytywne strony przebywania w domu. I tak na przykład nagle zrozumiałam ile mam możliwości rozwoju! Mogę na przykład rozwijać swoją konstruktywność, swoje manualne zdolności ćwicząc układanie garnuszków, miseczek i garów do zmywarki, bo mam zadanie do wykonania w temacie: jak ułożyć naczynia, żeby najwięcej się zmieściło? To moje tetris, moja gra w której przykładam ścianki do ścianki i wypełniam wszystkie luki.
Mam też swój triobój, składający się z: pchania wózka przez zaspy śnieżne, slalomu między gównami na chodniku i prowadzenia tak powozu, żeby nie wpaść w dołek lub wyrwę w asfalcie. I to wszystko w ciągu 30 minut. Daję radę! Jestem nie do pokonania! Potrafię to również robić z obciążeniem, z balastem w postaci siatek z zakupami! Ha!
Ćwiczę też skłony, podnoszenie ciężarów i umiejętność rozdwajania i się i trojenia, przy jednoczesnym dopowiadaniu na jedyne, najważniejsze i nagminne pytanie mego dziecka: CIO TO?
I to tyle, muszę sobie sama wyobrazić motyle!

Nieposkromiona Żona na fejsie

Świat zwariował????

Na Cyprze kradną ludziom pieniądze z kont. Powiedzieli, że zrobią to, że wezmą sobie bo im potrzeba, żeby łatać dziurę w budżecie. Ludzie wkurzeni popędzili do bankomatów, a w nich pusto… i co? I nico bo nawet jakby zdążyli wypłacić to i tak podobno kasa już wcześniej została zamrożona. Nikt nikogo o zdanie nie będzie pytał.

W Polsce jak zwykle są równi i równiejsi. Część matek ma 6 miechów z dzieckiem, a reszta rok. Poza tym „dostaliśmy” kasę z Unii dla rolników, ale gadające głowy źle ją rozdysponowały i kara będzie… pieniężna. Dostaliśmy pieniądze… jak to ładnie brzmi.

W Gdańsku jakiś kutafon zabił rodzinę z 1,5 rocznym dzieckiem. W Sosnowcu szoł Rutkowskiego. Głodnych dzieci podobno w Polsce nie ma. I że te liczby co podają, te 800 tysi to na pewno o wiele za dużo i jakby co to przecież szczaw mogą jeść i mirabelki. Topnieje mi kasa na koncie ale się nie martwię bo niedługo przecież będę mogła czegoś nazrywać i z głodu nie zemrzemy.

W Watykanie głupieją na wesoło i na złośliwie z powodu pana papieża, bo nareszcie jakiś skromny i cholera za skromny i na pewno to pod publikę. Nie dogodzisz. Wszędzie wszyscy węszą podstęp. Mówią też, że matka Teresa to też kanciara była bo kasiorę na koncie tajnym trzymała i biednym nie dała i że jakiemuś 15-latkowi nie pomogła. Człek człowiekowi wilkiem… a nie człowiekiem.

Mówili, pocieszali, że wiosna w tym tygodniu idzie. Czekałam na nią, uchylałam co jakiś czas okno. Pieprzyli przez tyle lat o globalnym ociepleniu, a chodziło chyba o globalne ocipienie. Ciekawe, czy teraz będą spotykać się na szczytach, na rozmowach, na wpieprzaniu kawioru i chlaniu najdroższych marek wódy, zastanawiając się nad tym co zrobić z globalnym ochłodzeniem?

W domu powinno być za to normalnie ale świat i tu stanął na głowie bo koty muszą jeść na parapecie za zamkniętymi drzwiami małego pokoju… bo dziecko chce jeść z nimi. I krzyk jak nie dasz, jak z buzi wydłubiesz ziarna karmy dla kastratów. Krzyk, że chce jak kot, że lepsze jedzenie mają.

Kot czarno-biały co kilka dni myśli, że nie jest kotem tylko ninją i przyczaja się i poluje na drugiego, a potem nagle jakby ktoś pilotem do tv w niego wycelował zwalnia i idzie jak flegmatyk, czyli jak prawdziwy on. Poza tym od 8 lat próbuje uciec z mieszkania.

Kot drugi – szaro-bury nie rozumie, że jedzenie ma codziennie, że zostanie nakarmiony, że nikt mu nie wyżre, nawet dziecko… codziennie od 7 lat najada się do oporu, a później rzyga. Bulimik.

Obserwując męża też widzę, że ma jakieś zwarcia, że w głowie jakieś historie przetwarza. Wstaje z kanapy i wydaje się, że idzie do regału, a on nagle staje, odwraca się i macha delikatnie dłonią jakby mówił sobie w głowie: „albo nie, nie idę”, czy „olać to” i idzie do innego pokoju. Ewidentnie bywa tu tylko ciałem. Głowa gdzieś odpływa, czy też odlatuje. Gdy przeziębiony to mówię: „wyciśnij sobie do wody z miodem cytrynę”, a on pyta: „gdzie ta cebula?”.

A ja? A ja słucham tego, patrzę, obserwują i staram się nie denerwować i udaję, że jestem normalna i na to, że zanim pójdę spać to MUSZĘ zrobić dwa razy siku… przymykam oko

Nieposkromiona Żona na fejsie

Przyjaciółki…

Mam dwie genialne koleżanki Sylwię i Kozę. Takie na dobre i na złe. Nasza przyjaźń była wystawiona na wiele prób ale każdą przetrwała. Myślę, że jesteśmy na siebie skazane. Że już zawsze będziemy razem. Kocham je cholernie. Kocham też te historie, które nam się przytrafiły. Oto jedna z nich…

Był rok 2003… a może 2004?
Zakupiłam farby do włosów na balejage, który miała mi zrobić Koza… a do tego flaszkę, bo wieczorem miał być mini bal przebierańców w osiedlowej knajpie, zwanej Beczką. Cieszyłam się, że na imprezę pójdę z pięknie ufarbowanymi włosami!

W domu zrobiłyśmy coś do jedzenia, farby wycisnęłam do miseczek, Sylwia polała, żeby lepiej nam się farbowało i szykowało na imprezę. Farby bez względu na to czy w efektem ma być kolor czarny, czy blond, czy siwy, po wyciśnięciu z tubki wyglądają identycznie. Są białe. Perliste rzec można. Ustaliłyśmy, więc, że w lewej dłoni będę miała miseczkę z blondem, a w prawej z brązem. Sylwia polewała dalej, raz wolniej, raz intensywniej. Koza maczała raz szczoteczkę w lewej miseczce, raz w prawej a następnie zawijała mi na głowie sreberka. Piłyśmy, śmiałyśmy się, gadałyśmy jedna przez drugą. Flaszka się skończyła, ale akurat przyszedł Czarek z Robertem i przynieśli swoją. Śmiechu było co nie niemiara, bo Czarek przebrał się za Cowboya, a Robert za dresa. Wyglądali fantastycznie i dość hymm… wiarygodnie.

Farba trochę nakapała na dywan, jakimś cudem znalazła się też na ekranie telewizora i było ją cholernie widać, bo zrobiła się czarna. Skąd ona tam? Nikt nie wie.

Impreza w Beczce, według naszych zegarków zaraz miała się zaczynać, więc popędziłam do łazienki zmyć farbę, suszyć włosy i podziwiać wspaniałe dzieło Kozy! Ach! Już czułam się inaczej! Lepiej, tak świeżo, taka lekko odmieniona! Cudownie! Głowa umyta, wysuszona. Siadam na kibelku, siusiam, przodem do mnie i okrakiem, siada na mnie Elizka, dziewczyna Roberta, która nie wiem, kiedy przyszła i zaczyna mnie malować. Ok. Przecież to takie normalne, więc nie protestuje.

W Beczce znajomi, którzy nas serdecznie witają. Słyszę od kilku osób, że mam fajne włosy. Cieszę się, bo przecież tego oczekiwałam. Widzę poprzebieranych ludzi: za krowę, w kaskach jacyś a la budowlańcy, nawet za Brytney i za zakonnice i jest tam ktoś jeszcze, ale to przestaje być istotne i ważne. Zaczyna się zabawa na całego! Piejmy piwka, tańczymy. Tańczymy razem, z osobna, przy rurze co jest na środku sali. Rura stanowi dodatkowy gadżet lub słup podtrzymująco-pionizujący! Tańce mieszają się na przemian z dosiadami do stolików, żeby dolać procentowe napoje, żeby było zabawniej, żeby świat był nadal wesoły i żeby ściany dalej nie były matowe a w kolorach tęczy!!

Są i rozmowy całkiem z sensem i bez, są poważne wywody i odważne wyznania głośnym szeptem mówione. Każdy każdemu wydaje się być przyjacielem do którego można przysiąść się, przysunąć bliżej, zwierzyć jak w konfesjonale z głęboką wiarą, że nie powie nikomu innemu i że zrozumie jak nikt inny. Niektóre głowy podskakują z rytmem muzyki lub z tempem rozmowy, a inne opadają znów jakby ważyły całe tony, jakby były przeładowane alkoholem lub przepełnione myślami nasyconymi goryczą. A jak ja? Ja bawię się świetnie! Szaleje gdzieś pomiędzy stołem, barem, a rurą, która nadaje mej postaci pion.

Robiło się coraz bardziej duszno i gorąco, a piwo nie chciało już tak łatwo i z taką gracją ześlizgiwać się przez słomkę z gardła do przełyku, a potem z żołądka do jelit. Napój coś dziwnie hamowało a łyki stawały w kolejce za wcześniej wlanymi. Nie dało się też kontrolować tak dobrze tego aby nogi stały prosto. Ręce dziwnie zwisające wzdłuż ciała, rozkręcały swą działalność szukając czegoś co może całą resztę wesprzeć, podtrzymać i utrzymać… i źle się działo gdy nic nie znalazły. Głowa namawiała nogi do kucania, a tyłkowi sugerowała, żeby dotknął ziemi bo grawitacja silna. Walczyłam tylko siłą woli a raczej może – instynktownie i resztką świadomości uruchomiłam autopilota z nagraną mapką „do mieszkania” w prywatnym GPS na dysku twardym mózgu. Do domuuu…

Zamykam drzwi, klapa w górę, papier toaletowy w garść, otwieram usta jednocześnie przymykając powieki… oddycham głęboko … zabawnie już nie jest. Pot występuje na czoło, to męka wywołana rozszalałym śmigłem helikoptera, który lata po mojej głowie i obija się o ściany czaszki. Czuje fale ciepła, która ogarnia całe ciało. Kontrast do chłodu sedesu, który otaczam ramionami niczym kogoś bliskiego.

Obudziło mnie siku i mimo, że ciężko było wstać to zmusiłam się poruszania. Parłam ociężale na przód. Zrobiłam co trzeba, podeszłam do umywalki by zmyć z twarzy sen i oznaki kaca. Zimna wodaa… o jak dobrzeeee… Spoglądam w lustro i widzę bladolicą zjawę z … hymmm na właśnie z … nietypowym jak dla zjawy kolorze włosów!!
Ów straszydło po lewej miało duuuuuużo żółci, a po lewej w cholere czarnego! Gdzie mój balejage składający się z blondu i delikatnego brązu??
Pomyślałam jednak, że to pijane zwidy. Że to omamy alkoholowe i że muszę wytrzeźwieć, przespać się i jak wstanę to wszytko zobaczę w innym świetle, w innym kolorze… Powędrowałam do łóżka, Uma Hamillton mój myszoskoczek łypała na mnie ze swojej białej głowy wyjątkowo ogromnymi czerwonymi ślepiami:
- Co się gapisz? – spytałam… i zasnęłam.
Po nieokreślonym czasie obudziło mnie to co wcześniej, i zadziało się tak jakby de ja vi się uaktywniło… i nie dotyczyło to tylko oddawania moczu, czy przemywania twarzy … dotyczyło to również mojego odbicia w lustrze i koloru włosów! Nie mogłam uwierzyć w to, że koszmar wraz ze snem nie minął!
- Cholera!
Wdech, wydech, wdech, wydech…
- Kurwa jego psia mać !!
- Co tam????– to głos Kozy lub Sylwki, czyli Sylwko-Kozy. Ocho … czyli Panie trafiły po imprezie do domu. Dobrze.
Wychodzę z łazienki, robie dwa kroki przez korytarz i staje w wejściu do pokoju i nie mam odwagi i chęci zrobić kroku dalej. Damy dogorywające po imprezie na kanapie unoszą głowy i:
- aaachahaha ahahhahahaahahah
- no bardzo kurwa śmieszne!
- achaaaa haahahahah
Dołączam w końcu i ja tyle, że śmiejąc się ocieram powoli kapiące łzy.
- sorry, sorry, że tak się śmiejemy, gdy przezywasz ciężkie chwile ale aaahaaa hahahahahaha
- no i co buuuuuuuuu chlippp teraz?! Ja pierdole jak mam wyjść z tym czymś na ulice?! Jak mam patrzeć w lustro?! Jak pojadę jutro do pracy?! Ile to będzie teraz się zmywać?!
- yyyyy ale to się nie zmyje … to farba hymm
- żesz w pizdu jego mać!! Ufarbować to trzeba! Całą głowę! Cholera musze zafarbować całe te cholerne coś żółto-czarne czy brązowe!!
- a na jaki kolor? – dopytuje się cicho jakby z lekkim lękiem, skacowana sprawczyni mojego dramatu.
- no jak to na jaki? Przecież nie da się wrócić do blondu … hymmm … siet! Będę brunetką!!

I stało się tak, że na drugi dzień pojawiłam się w pracy jako brunetka co wzbudziło nie małą sensację. Niestety po pierwszym zafarbowaniu odrostów moja skóra nie wytrzymała i dostała alergii. Wylądowałam na pogotowiu a potem u dermatologa.

Wniosek jest taki: nie mieszaj farby do włosów z wódką!

Nieposkromiona Żona na fejsie

Facet na zakupach…

Dzwonię do Mężulka i mówię obleśnie słodko: A co powiesz na to, żebym zrobiła blok czekoladowy???
Mąż: Oooo super! Jestem za!
Ż: To kup mleko w proszku i cukier.
M: Jak chcesz to mogę podskoczyć do Oszą i zrobić jakieś większe zakupy.
Ż: Ok. to zrobię listę i wyślę Ci smem.
Sms:
Kup: cukier, mleko w proszku, mąkę, mineralną, proszek do prania dla malucha, coś do mycia wanny, blok rysunkowy.
….
Kupił:
- mleko w proszku, mineralną, blok rysunkowy i to ok. … kupił też…
- cukier w saszetkach – 100 sztuk. – tłumaczył, że myślał, że to cukier w kostkach. Chodziło mi o cukier, który mogłabym dodać do bloku czekoladowego… Z dwojga złego już wolę cukier w saszetkach niż w kostce, bo potrzebną do przepisu szklankę… mogę sobie usypać…
- proszek OCZYWIŚCIE zwykły…
- zamiast czegoś do mycia wanny… spray do mycia luster i szyb…
…może sugeruje mi, żebym umyła okna????

Co jest z tymi facetami???

Nieposkromiona Żona na fejsie

Pracująca matka?

Odpaliłam wczoraj tv i nastawiałam na kanał z programem „Dragno’s Den – jak zostać milionerem”. Wersja chyba angielska. Pomysły na biznes były różne… cudaczne, śmieszne, takie z grubej rury natchnione energią z kosmosu i był też jeden dość ciekawy.

Przyszła kobieta, która przedstawiła szczegółowo swój projekt. Opowiedziała zarówno o pomyśle, o tym, że już funkcjonuje, że jest zapotrzebowanie. Wyliczyła co i jak. Rzeczowa, przedsiębiorcza i bardzo skrupulatna kobitka. Przygotowana na serio dobrze. Zadali jej kilka pytań, wyraźnie zaciekawieni. Za każdym razem dostali bardzo konkretną odpowiedz… aż w końcu padło pytanie, gdzie wcześniej pracowała. Odpowiedziała, że firmie XYZ na niezłym stanowisku. A dlaczego już tam nie pracuje?
- Zostałam zwolniona po tym jak urodziłam dziecko.
I zaczęło się:
- A w jakim wieku ma Pani dziecko?
- 2 letnie.
- Uważa Pani, że da radę zajmować się firmą i rodziną?/ A nie będzie się Pani obawiać, że będzie to kosztem rodziny?

Jebanka konkretna!
Myślałam, że chociaż na wizji ludzie powstrzymują się od takich komentarzy… że może trochę nie wypada, że przecież podobno propaguje się zachowania prorodzinne… ale nie. Jechali dalej:
– Dlaczego nie zdecydowała się Pani najpierw otworzyć firmę, a dopiero po kilku latach urodzić dziecko?
Padłam! Padłam twarzą w kanapkę i zahaczyłam o kubek z kawą! Dam sobie obie moje długie, chude łapska z długimi, chudymi paluchami uciąć, że gdyby chciała otworzyć działalność przed urodzeniem dziecka, to nie chcieliby z nią współpracować, bo pojawiłyby się pytania:
- A czy Pani nie planuje w niedalekiej przyszłości dziecka? Jest przecież Pani w wieku rozrodczym.

Pamiętam, że gdy złożyłam wymówienie w wydawnictwie, w którym tyrałam 5 lat i kierowniczka szukała osoby na moje miejsce to sprawdzała na nadsyłanych cv czy kandydatka jest młoda, bo jeśli tak to taki Ce Vałki wywalała i w ogóle nie brała ich pod uwagę. Przecież jak zaciąży to znów będzie musiała szukać kogoś na jej miejsce! Potem sprawdzała kwalifikacje i jak były zbyt wysokie to cv lądowało tam gdzie poprzednie… no ale to już inny temat bo tu kierowniczka dygała się o swój stołek… Po dwóch dniach doszła do wniosku, że kobiety jednak nie będzie szukać i jeśli ma ktoś mnie zastąpić to będzie to mężczyzna bo z facetami nie ma kłopotu.

Ciężko kobiecie nie tylko z pracą, ale również z tym, żeby urodzić dziecko. Nie dziwię się, że dziewczyny łapią jakąkolwiek robotę, a później zaciążają… inaczej trudno o utrzymanie.
Otworzyłam działalność 3 lata temu. Po roku urodziłam. Na szczęście znaleźliśmy sposób na to, żeby otrzymywać większą kasę z ZUS-u, gdyby nie to dostawałabym 300-pare złotych zasiłku, z czego i tak musiałabym opłacać składkę wynoszącą 270-coś. Reszta… resztki na życie. Łał.

Miesiąc temu skończył mi się macierzyński. Znów pracuję. Składka do opłaty wzrosła mi z 300-iluś do prawie 900. Łał, kur*a łał!
Ten wczorajszy program i ta moja sytuacja, to taki kop w ryj. To też przykłady jak kobieta z dzieckiem „wiele” może. I to udawanie, że jest coś takiego jak polityka prorodzinna… tak ładnie to wygląda jak toś o tym opowiada, a gorzej w praktyce. Już nie „mówię” o miejscach pracy ze żłobkami, czy przedszkolami pracowniczymi… tylko o tym, że w świadomości mamy zakodowane, że jak baba z brzuchem albo z dzieckiem to tylko w domu powinna siedzieć. I albo zacznie działać sama na własną ręką i zaweźmie się, wytrwa i nie podda to… może sobie sama poradzi, bo jak poprosi o pomoc to usłyszy to co ta z programu…. albo wróci do pracy za średnią krajową… jak dobrze pójdzie.

Wniosek jest tylko jeden: jak chcesz być pracującą matką to musisz mieć twardą dupę i możesz liczyć tylko na siebie. Nikt przecież nie kuma, że masz 10 par rąk, 10 par nóg, kilka głów i potrafisz ogarnąć, siebie, dziecko/dzieci, męża, że umiesz doskonale planować, przewidywać, śpiąc jedynie kilka godzin na dobę. Nikt przecież nie zauważa, że matka nigdy nie choruje i źle się nie czuje. Nikt nie zauważa, że matka umie znaleźć rozwiązanie w różnych trudnych sytuacjach, że umie odpowiednio zareagować i wie co odpowiedzieć, gdy usłyszy dziwne pytanie. Nie zauważa… bo to takie oczywiste… i schowane między ścianami domów.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Kobieta zmienną jest…

Być kobietą, być kobietą… Kobieta zmienną jest. O tak zmienną…
Wspominam dziś siebie sprzed kilku lat. Roztrzepane pięć włosów na krzyż, dzikość w oczach, wieczne zalatanie i chęć zdobycia świata! Każdy dzień był za krótki, każda noc za ciepła. Echhhh czasy gdy łaziło się z paczką znajomych po Polach Mokotowskich, po Starym Rynku… Kebaby ze Świętokrzyskiej o 3 w nocy po balecie… mniaaammm…

Te przepite noce, praca na kacu i myśli, żeby wsiąść do pociągu byle jakiego… to włażenie przez okno do mieszkania bo kumpel zasnął snem mocnym. I ten sąsiad, który myślał, że to włamanie i ten spalony wyświetlacz komórki bo kolega położył na nim papierosa myśląc, że to popielniczka… To chyba były te chwile gdy mówi się: chwytaj dzień!

Kolczyk tu albo tam? Tatuaż? Motocykl? To co, że kasy wiecznie nie było, to co, że w lodówce serki topione. Liczyło się tu i teraz, a to co przede mną nie chciało siedzieć nawet przez sekundę w myślach.

Kasa potrzeba? To poszliśmy z kolegą po telefony do Ery, sprzedaliśmy je i potem impreza przez 2 dni. Po kilku latach przypomniał mi o tym komornik, ale cóż… warto było.
Gdy patrzę na siebie teraz. To widzę chudego muminka, którego rozrywką nie jest już motocykl, ani nawet rower, tylko siedzenie przed komputerem lub siedzenie na podłodze i ukradkowe zerkanie do książki, gdy mały zajmie się przykrywkami od słoików. Sport iście ekstremalny!

I kto by pomyślał, że ja, ta szara eminencja kiedyś dała się w katapulcie wystrzelić? Absolutnie nikt. Teraz zamiast kasku mam fryzurę a la Mikołaj Kopernik tyle, że bez grzywki i z mniejszą ilością fal, a kurtkę i spodnie skórzane zamieniłam na dres.
I ja się na to wszystko godzę, spoko bo dziecko fajne jest i to też swojego rodzaju wyczyn urodzić i wychować. Tylko czasami to serducho tak mi wyrywa się spod cycka i drze na całe ryło: rusz dupę! Moja głowa karze wtedy ustom, odpowiadać cicho lecz stanowczo: zamknij ryj serce, nic nie rozumiesz bo do mózgu masz za daleko!

Tak myślę, że chłop to ma dobrze. Nawet jak dziecko się urodzi to wyjdzie i pójdzie gdzie chce. Z chłopakami na piwko, na trening, w weekend po zawodach zostanie u kolegi na noc, a potem wróci na chwilę do domu, a potem na mecz wyskoczy. I Pyta: „dobra?” „No pewnie, że dobra” odpowiadam. Przecież to lepsze niż jakby siedział w domu przed laptopem, myślę. Pocieszam się, że w kwietniu i ja wyjdę wieczorem na koncert. Odliczam dni. Rysuję kreski na ścianie wewnątrz głowy, co siedem dni będę je przekreślać, robiąc w ten sposób płotek.

I podsumowując tą paplaninę, ten kłębek tego i owego o mnie, o tym co było i a nie jest i że nie pisze się w rejestr, powiem tylko, że wkurwia mnie… ta pogoda i że taka zmienna jestem. Wtedy TAKA, a dziś nijaka. Mam nadzieję, że wiosną nabiorę… kolorów… że róż złapię na policzkach.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Dialogi

1. Szeptany dialog łóżkowy „A”:

Mąż położył się obok mnie w łóżku. Kiziam go stopą po nogach:
Ż: W skarpetach śpisz???
M : Nieeee..
Ż: Aaaaa! To włosyyyyy…

2. Szeptany dialog łóżkowy „B”:

Ż: Zobaczysz, kiedyś szybko wyskoczę z łóżka po centymetr i szybko zmierzę ile miejsca masz za sobą i ile miejsca mi zostaje i zobaczysz jak mam mało!
M: I tak szybko zmierzysz i szybko mi pokarzesz?
Ż: Tak!
M: To jak to tak wszystko szybko będziesz robić to mogę nie zdążyć zobaczyć.

3. Dialog samochodowy:

Ż: Ooooooooooo, a pamiętasz? Już tędy kiedyś jechaliśmy! Takie 2 małe pieski siedziały przed tym domem!
M: No, pamiętam, pamiętam.
…po chwili
Ż: Ejjj, ale to nie z Tobą wtedy jechałam! Skąd znasz 2 pieski?
M: Nie wiem dlaczego to powiedziałem. A jak już powiedziałem, to głupio mi się było przyznać, że nie wiem o co chodzi.

4. Fajny dialog:
M: Fajnie jest?
Ż: No fajnie.
M: No to fajnie, że fajnie!

I poszedł do pracy.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Tylko spokój może nas uratować!

Bob Geldof w swoim hiciorze „I don’t like Mondays” wyśpiewuje, że don’t like mondays… a ja dziś się z niego cieszę i mam nadzieję, że będzie natchniony spokojem… i że cały tydzień taki będzie. Do bólu przewidywalny, może trochę nudny ale SPOKOJNY … i wiosną pachnący. Bo w weekend…
…bo w weekend przyjechał mąż z pracy i z koszykówki i mówi znajomym przez telefon komórkowy, że będziemy zaraz do nich jechać, za 15-20 minut. Nie zapytał, czy ja już gotowa, czy cała reszta pozaubraniowa spakowana. Nie, wszedł, buzi dał, uściskał, zjadł i można wychodzić. Na noc. Z dzieckiem na noc. Wyjść ot tak z marszu. A nieeeee… bo trzeba mu jeść naszykować, bo chciałabym wziąć prysznic i włosy wyszczotkować.
Spóźniliśmy się ok. godzinę.
Weszliśmy do DOMU. Przywitało nas OGROMNE lustro, takie od sufitu do podłogi. Spojrzałam w nie raz, a potem już nie bo bałam się utwierdzić w przekonaniu, że włosy potrzebują jakieś kreacji, jakiegoś lekkiego wiosennego cięcia, że są takie pospolite. Cały dom kazał mi patrzeć tylko przed siebie, tylko na wprost. Co zerknęłam w bok to widziałam swoje odbicie… na ścianach i w podłodze… tylko przed siebie. Tam WSZYSTKO lśni. Każdy kafel, każda płytka i każdy róg i brzeg błyszczy bo wszystko ma połysk i lakier.
W błyszczącej i lśniącej czaro-białej łazience na piętrze, czarny kryształowy żyrandol. Na korytarzu też kryształ ale biały i dużo, DUŻO WIĘKSZY. OOOGROMNY. Lśniące stalaktyty. Ale wrócimy na doł, do ludzi…
Matki były dwie. Ja i Gospodyni. Goście na kanapach i na parapecie, a my na podłodze z dziećmi. Nie ma szans na posiedzenie na górze bo dzieckiem trzeba się zająć, więc gdziekolwiek na dłużej wchodzę od razu przyjmuję poziom żaby. Ona ma tak samo.
Fajnie było bo dziećmi się zajmowałam. Z dużymi dorosłymi opojonymi alkoholem, o czym mogę rozmawiać po 2 piwach przez cały wieczór i fragment nocy?? Dziecko moje mnie lubi i polubiła też mała gospodarzy i nie schodziła z moich nóg jak z osobistego fotela. Mówią, że przedszkolanką powinnam zostać i że minęłam się z powołaniem, a to nie prawda. Nie mogłabym być przedszkolanką, jeśli już to przedszkolakiem bo lubię się bawić. To nie tak, że bawię się „Z” dzieckiem tylko „RAZEM Z”. Lubię układać klocki i jeździć jakimś dużym samochodem… najlepiej ciężarówką lub TIR-em. Bardzo. Lubię. Dlatego dzieci lubią bawić się ze mną.
Potem maluchy poszły spać. Ktoś przełączył na polski kanał z polskimi filmami i obejrzeliśmy film, którego popularności i zachwytu nad, nie rozumiem. „Psy”. Linda, grający miałkowo unoszący górny prawy kant wargi, mówiący z pogardą: „Bo to zła kobieta była” i Pazura w okularach Harrego Pottera zalewający się co jakiś czas krwią. Kumpel recytujący z pamięci dialogi… w sumie to chyba dużo naumieć się nie musiał. Trzeba zapamiętać, żeby co kilka sekund wrzucać „kurwę”. Ktoś policzył, że w ciągu 128 minutowego filmu to słowo wypowiedziano 428 razy, ktoś inny, że 470.
Przed 1 poszłam spać. Że mnie nie ma zauważył mąż i ślimaczym szlakiem doczłapał się do pokoju w który nam przydzielono i zaczął mnie podrywać. Echh znacie to uczucie gdy podchmielony amant oczekuje powitania w stylu: „pragnę Cię, bierz mnie, bierz mnie!”? A prawda jest taka, że myślisz sobie: „a weź idź spać bo wali od Ciebie alkoholem i nie ma mowy, żeby mój język z Twoim językiem się połączyły”:
- nooo kochanieeeeee…
- a weź idź spać…
- no ale 4 dni już nic nie byłooooo…
- i 5ty nie będzie. Śmierdzisz łiskaczem. Idziemy spać.
I rzec muszę, że ogólnie na imprezie miło było. Irytują mnie tylko ludzie, którzy jak mają dziecko to myślą, że są alfą i omegą i wiedzą wszystko NAJLEPIEJ:
- z soczkiem pić mu dajesz?
- bez cukru jest – usprawiedliwiam się
- ja daję tylko wodę, bo potem nie chcę do dentysty z małą latać.
I przygryzam wargę i ściskam przełyk, żeby nie rzygnąć jej w twarz:
- ja przynajmniej nie daję maluchowi chipsów i nie sadzam metr od wielkiego telewizora i nie pozwalam oglądać „Pamiętników z wakacji”!
Ok. 12stej wróciliśmy do mieszkania. Mniejszego i matowego… z zasikaną CAŁĄ łazienką przez 2 koty. Hymm… okazało się, że zamknęłam im kibel w którym stoi kuweta… i powtórzę za Bogusiem, Cezarym, Olafem i całą zgrają psów: „KURWA!”

Nieposkromiona Żona na fejsie