Kobieta zmienną jest…

Być kobietą, być kobietą… Kobieta zmienną jest. O tak zmienną…
Wspominam dziś siebie sprzed kilku lat. Roztrzepane pięć włosów na krzyż, dzikość w oczach, wieczne zalatanie i chęć zdobycia świata! Każdy dzień był za krótki, każda noc za ciepła. Echhhh czasy gdy łaziło się z paczką znajomych po Polach Mokotowskich, po Starym Rynku… Kebaby ze Świętokrzyskiej o 3 w nocy po balecie… mniaaammm…

Te przepite noce, praca na kacu i myśli, żeby wsiąść do pociągu byle jakiego… to włażenie przez okno do mieszkania bo kumpel zasnął snem mocnym. I ten sąsiad, który myślał, że to włamanie i ten spalony wyświetlacz komórki bo kolega położył na nim papierosa myśląc, że to popielniczka… To chyba były te chwile gdy mówi się: chwytaj dzień!

Kolczyk tu albo tam? Tatuaż? Motocykl? To co, że kasy wiecznie nie było, to co, że w lodówce serki topione. Liczyło się tu i teraz, a to co przede mną nie chciało siedzieć nawet przez sekundę w myślach.

Kasa potrzeba? To poszliśmy z kolegą po telefony do Ery, sprzedaliśmy je i potem impreza przez 2 dni. Po kilku latach przypomniał mi o tym komornik, ale cóż… warto było.
Gdy patrzę na siebie teraz. To widzę chudego muminka, którego rozrywką nie jest już motocykl, ani nawet rower, tylko siedzenie przed komputerem lub siedzenie na podłodze i ukradkowe zerkanie do książki, gdy mały zajmie się przykrywkami od słoików. Sport iście ekstremalny!

I kto by pomyślał, że ja, ta szara eminencja kiedyś dała się w katapulcie wystrzelić? Absolutnie nikt. Teraz zamiast kasku mam fryzurę a la Mikołaj Kopernik tyle, że bez grzywki i z mniejszą ilością fal, a kurtkę i spodnie skórzane zamieniłam na dres.
I ja się na to wszystko godzę, spoko bo dziecko fajne jest i to też swojego rodzaju wyczyn urodzić i wychować. Tylko czasami to serducho tak mi wyrywa się spod cycka i drze na całe ryło: rusz dupę! Moja głowa karze wtedy ustom, odpowiadać cicho lecz stanowczo: zamknij ryj serce, nic nie rozumiesz bo do mózgu masz za daleko!

Tak myślę, że chłop to ma dobrze. Nawet jak dziecko się urodzi to wyjdzie i pójdzie gdzie chce. Z chłopakami na piwko, na trening, w weekend po zawodach zostanie u kolegi na noc, a potem wróci na chwilę do domu, a potem na mecz wyskoczy. I Pyta: „dobra?” „No pewnie, że dobra” odpowiadam. Przecież to lepsze niż jakby siedział w domu przed laptopem, myślę. Pocieszam się, że w kwietniu i ja wyjdę wieczorem na koncert. Odliczam dni. Rysuję kreski na ścianie wewnątrz głowy, co siedem dni będę je przekreślać, robiąc w ten sposób płotek.

I podsumowując tą paplaninę, ten kłębek tego i owego o mnie, o tym co było i a nie jest i że nie pisze się w rejestr, powiem tylko, że wkurwia mnie… ta pogoda i że taka zmienna jestem. Wtedy TAKA, a dziś nijaka. Mam nadzieję, że wiosną nabiorę… kolorów… że róż złapię na policzkach.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.