Przyjaciółki…

Mam dwie genialne koleżanki Sylwię i Kozę. Takie na dobre i na złe. Nasza przyjaźń była wystawiona na wiele prób ale każdą przetrwała. Myślę, że jesteśmy na siebie skazane. Że już zawsze będziemy razem. Kocham je cholernie. Kocham też te historie, które nam się przytrafiły. Oto jedna z nich…

Był rok 2003… a może 2004?
Zakupiłam farby do włosów na balejage, który miała mi zrobić Koza… a do tego flaszkę, bo wieczorem miał być mini bal przebierańców w osiedlowej knajpie, zwanej Beczką. Cieszyłam się, że na imprezę pójdę z pięknie ufarbowanymi włosami!

W domu zrobiłyśmy coś do jedzenia, farby wycisnęłam do miseczek, Sylwia polała, żeby lepiej nam się farbowało i szykowało na imprezę. Farby bez względu na to czy w efektem ma być kolor czarny, czy blond, czy siwy, po wyciśnięciu z tubki wyglądają identycznie. Są białe. Perliste rzec można. Ustaliłyśmy, więc, że w lewej dłoni będę miała miseczkę z blondem, a w prawej z brązem. Sylwia polewała dalej, raz wolniej, raz intensywniej. Koza maczała raz szczoteczkę w lewej miseczce, raz w prawej a następnie zawijała mi na głowie sreberka. Piłyśmy, śmiałyśmy się, gadałyśmy jedna przez drugą. Flaszka się skończyła, ale akurat przyszedł Czarek z Robertem i przynieśli swoją. Śmiechu było co nie niemiara, bo Czarek przebrał się za Cowboya, a Robert za dresa. Wyglądali fantastycznie i dość hymm… wiarygodnie.

Farba trochę nakapała na dywan, jakimś cudem znalazła się też na ekranie telewizora i było ją cholernie widać, bo zrobiła się czarna. Skąd ona tam? Nikt nie wie.

Impreza w Beczce, według naszych zegarków zaraz miała się zaczynać, więc popędziłam do łazienki zmyć farbę, suszyć włosy i podziwiać wspaniałe dzieło Kozy! Ach! Już czułam się inaczej! Lepiej, tak świeżo, taka lekko odmieniona! Cudownie! Głowa umyta, wysuszona. Siadam na kibelku, siusiam, przodem do mnie i okrakiem, siada na mnie Elizka, dziewczyna Roberta, która nie wiem, kiedy przyszła i zaczyna mnie malować. Ok. Przecież to takie normalne, więc nie protestuje.

W Beczce znajomi, którzy nas serdecznie witają. Słyszę od kilku osób, że mam fajne włosy. Cieszę się, bo przecież tego oczekiwałam. Widzę poprzebieranych ludzi: za krowę, w kaskach jacyś a la budowlańcy, nawet za Brytney i za zakonnice i jest tam ktoś jeszcze, ale to przestaje być istotne i ważne. Zaczyna się zabawa na całego! Piejmy piwka, tańczymy. Tańczymy razem, z osobna, przy rurze co jest na środku sali. Rura stanowi dodatkowy gadżet lub słup podtrzymująco-pionizujący! Tańce mieszają się na przemian z dosiadami do stolików, żeby dolać procentowe napoje, żeby było zabawniej, żeby świat był nadal wesoły i żeby ściany dalej nie były matowe a w kolorach tęczy!!

Są i rozmowy całkiem z sensem i bez, są poważne wywody i odważne wyznania głośnym szeptem mówione. Każdy każdemu wydaje się być przyjacielem do którego można przysiąść się, przysunąć bliżej, zwierzyć jak w konfesjonale z głęboką wiarą, że nie powie nikomu innemu i że zrozumie jak nikt inny. Niektóre głowy podskakują z rytmem muzyki lub z tempem rozmowy, a inne opadają znów jakby ważyły całe tony, jakby były przeładowane alkoholem lub przepełnione myślami nasyconymi goryczą. A jak ja? Ja bawię się świetnie! Szaleje gdzieś pomiędzy stołem, barem, a rurą, która nadaje mej postaci pion.

Robiło się coraz bardziej duszno i gorąco, a piwo nie chciało już tak łatwo i z taką gracją ześlizgiwać się przez słomkę z gardła do przełyku, a potem z żołądka do jelit. Napój coś dziwnie hamowało a łyki stawały w kolejce za wcześniej wlanymi. Nie dało się też kontrolować tak dobrze tego aby nogi stały prosto. Ręce dziwnie zwisające wzdłuż ciała, rozkręcały swą działalność szukając czegoś co może całą resztę wesprzeć, podtrzymać i utrzymać… i źle się działo gdy nic nie znalazły. Głowa namawiała nogi do kucania, a tyłkowi sugerowała, żeby dotknął ziemi bo grawitacja silna. Walczyłam tylko siłą woli a raczej może – instynktownie i resztką świadomości uruchomiłam autopilota z nagraną mapką „do mieszkania” w prywatnym GPS na dysku twardym mózgu. Do domuuu…

Zamykam drzwi, klapa w górę, papier toaletowy w garść, otwieram usta jednocześnie przymykając powieki… oddycham głęboko … zabawnie już nie jest. Pot występuje na czoło, to męka wywołana rozszalałym śmigłem helikoptera, który lata po mojej głowie i obija się o ściany czaszki. Czuje fale ciepła, która ogarnia całe ciało. Kontrast do chłodu sedesu, który otaczam ramionami niczym kogoś bliskiego.

Obudziło mnie siku i mimo, że ciężko było wstać to zmusiłam się poruszania. Parłam ociężale na przód. Zrobiłam co trzeba, podeszłam do umywalki by zmyć z twarzy sen i oznaki kaca. Zimna wodaa… o jak dobrzeeee… Spoglądam w lustro i widzę bladolicą zjawę z … hymmm na właśnie z … nietypowym jak dla zjawy kolorze włosów!!
Ów straszydło po lewej miało duuuuuużo żółci, a po lewej w cholere czarnego! Gdzie mój balejage składający się z blondu i delikatnego brązu??
Pomyślałam jednak, że to pijane zwidy. Że to omamy alkoholowe i że muszę wytrzeźwieć, przespać się i jak wstanę to wszytko zobaczę w innym świetle, w innym kolorze… Powędrowałam do łóżka, Uma Hamillton mój myszoskoczek łypała na mnie ze swojej białej głowy wyjątkowo ogromnymi czerwonymi ślepiami:
- Co się gapisz? – spytałam… i zasnęłam.
Po nieokreślonym czasie obudziło mnie to co wcześniej, i zadziało się tak jakby de ja vi się uaktywniło… i nie dotyczyło to tylko oddawania moczu, czy przemywania twarzy … dotyczyło to również mojego odbicia w lustrze i koloru włosów! Nie mogłam uwierzyć w to, że koszmar wraz ze snem nie minął!
- Cholera!
Wdech, wydech, wdech, wydech…
- Kurwa jego psia mać !!
- Co tam????– to głos Kozy lub Sylwki, czyli Sylwko-Kozy. Ocho … czyli Panie trafiły po imprezie do domu. Dobrze.
Wychodzę z łazienki, robie dwa kroki przez korytarz i staje w wejściu do pokoju i nie mam odwagi i chęci zrobić kroku dalej. Damy dogorywające po imprezie na kanapie unoszą głowy i:
- aaachahaha ahahhahahaahahah
- no bardzo kurwa śmieszne!
- achaaaa haahahahah
Dołączam w końcu i ja tyle, że śmiejąc się ocieram powoli kapiące łzy.
- sorry, sorry, że tak się śmiejemy, gdy przezywasz ciężkie chwile ale aaahaaa hahahahahaha
- no i co buuuuuuuuu chlippp teraz?! Ja pierdole jak mam wyjść z tym czymś na ulice?! Jak mam patrzeć w lustro?! Jak pojadę jutro do pracy?! Ile to będzie teraz się zmywać?!
- yyyyy ale to się nie zmyje … to farba hymm
- żesz w pizdu jego mać!! Ufarbować to trzeba! Całą głowę! Cholera musze zafarbować całe te cholerne coś żółto-czarne czy brązowe!!
- a na jaki kolor? – dopytuje się cicho jakby z lekkim lękiem, skacowana sprawczyni mojego dramatu.
- no jak to na jaki? Przecież nie da się wrócić do blondu … hymmm … siet! Będę brunetką!!

I stało się tak, że na drugi dzień pojawiłam się w pracy jako brunetka co wzbudziło nie małą sensację. Niestety po pierwszym zafarbowaniu odrostów moja skóra nie wytrzymała i dostała alergii. Wylądowałam na pogotowiu a potem u dermatologa.

Wniosek jest taki: nie mieszaj farby do włosów z wódką!

Nieposkromiona Żona na fejsie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.