Jakby to było gdyby już zawsze zimno było?

Podczas studiów na pierwszym roku (czyli dawno, dawno temu) poznałam pewną Edytę chyba Pe..coś tam. Nazwiska jak zwykle nie pamiętam ale twarz tak. Zawsze taka szarobura i ponura i taka sama nieruchoma mina z ustami w poziomą kreskę „-„. Zawsze jakaś taka depresyjna. Mówiła, że pracuje w sklepiku spożywczym w podziemiach dworca centralnego i stąd to całodobowe przygnębienie, że nic jej nie cieszy i że ona przez tą prace pod ziemią taka jest. Poszła do lekarza po poradę, a on kazał jej się naświetlać lampą. Miała sobie robić takie sztuczne słońce i udawać, że ją grzeją prawdziwe promienie. To miała być jej drabina po której miała wyjść z wielkiego doła.
Na drugim roku widziałam ją może ze dwa razy. Opalona i wesoła. Nie od lampy. Od słońca zagranicznego, bodajże we Francji. Pojechała tam zbierać i pakować warzywa. Szczęśliwa była bo w końcu przebywała na a nie pod ziemią. Może jej nowa praca wydawała się za mało biurowa i menadżersaka i niewiele miała wspólnego z elegancją, strojami w kancik, butami na wysokim, lakierem z Sefory i kawą ze Starbucksa przegryzaną nienagannie wypiętą muffiną z mąki pełnoziarnistej w bibułce ładniejszej niż niejedna podpaska ale ewidentnie była szczęśliwa i radosna bo miała słońce.
I tak wygrzebując Edytę z pamięci wyobraziłam sobie jakby to było gdyby to się nigdy nie skończyło. Jakby tak już było zawsze? Tak zimno, z wiatrem, który przesuwa po twarzach żyletkami, z białobrudnymi mydlinami na ziemi, z sinymi twarzami wciśniętymi we włóczkę lub ciasno owiniętymi w materiał jakby miały trzymać włosy i to co pod nimi. Jakby to było gdyby słońce już nie głaskało promieniami? Jakby to było gdyby już zawsze nad nami wisiała zawiesina jak w garnku przy gotowaniu mięsa? Jakby już zawsze były szumy???
Czy człowiek przyzwyczaiłby się, czy może cierpiał męki? Czy z powodu braku słońca nasze organizmy jakoś by krzyczały? Czy drgałaby nam powieka jak przy braku magnezu? Czy dałoby się tą pustkę doładować jak jakieś puste konto? Czy ktoś przemądry wymyśliłby tabletki ze słońcem?
No wiesz… łykasz taką tabletkę jajowatą, z przedziałkiem jak dupa, mija kilka minut i nagle razi Cię słońce. Czujesz ciepło, rozkosz, że cię razi i mrużysz śmiesznie oczy i weselej jest. Zakładasz okulary przeciwsłoneczne i odgradzasz się nimi od szarych chmur myśląc, że chronisz oczy przed ostrym słońcem i promieniami uv.
- Co się tak uśmiechasz i co tak mrużysz oczy? – pytaliby się ludzie nawzajem.
- Mrużę bo łyknęłam/łyknąłem trochę słońca – odpowiadaliby inni.
Byłoby to też wspaniałe rozwiązanie dla tych, którzy cierpią na bezsenność. Na przykład dla mnie bo mam czasami takie noce, że kołuje jak samolot po pasie startowym pomiędzy sypialnią, a łazienką, salonem i kuchnią. Krążę. Łatwiej byłoby mi lądować w słońcu niż po ciemku. Może tak często nie obijałabym stóp o krawędzie nóg łóżka, stołu, kanapy… Słońce ratowałoby je. Może te tabletki ratowałyby też ludzi przed wpadnięciem do osobistych dołów, od depresji i przed zawieszaniem korali ze sznurów podczepianych do żyrandoli i przed jazdą samochodem z górki na pazurki…. Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii…….
…BUM!
Kto wie, kto wie… jak to by było gdyby już zawsze zimno było…

Nieposkromiona Żona na fejsie

3 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.