Sytuacja jest chora (dosłownie) i krytyczna bo nadchodzi długo oczekiwana wiosna, a ja nie mam siły. Ale od początku…

Do mojego 3 tygodniowego charczącego kaszlu dołączył katar, temperatura i ogólne rozładowanie akumulatora. Pojechałam ze Sprężyną do moich rodziców pod las bo pomoc ofiarowali. Nie korzystam z niej często, a raczej w ogóle ale tym razem trzeba było, trzeba.

Mąż zawiózł nas w piątek. Dał nam 30 minut na spakowanie. Jak zwykle w biegu, jak zwykle potykając się o swoje nogi, nosząc na boku buczącego, chcącego spać malucha niczym smok dwugłowy. Złapałam cokolwiek, wepchałam do torby i z wczorajszą fryzurą wyruszyliśmy. Jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem okazało się, że śpię nie sama tylko z gorączką i że na drugi dzień rano trzeba będzie podjechać do lekarza. Zaesemsowałam do męża, żeby wiedział, że rano będę potrzebowała pomocy – w sensie, że z lasu będzie mi potrzebna podwózka do miasteczka (rodzice mają na razie unieruchomione auto).

Nastawił budzik na 8 – specjalnie dla mnie! Ale jak wykręciłam numer to zapytał, czy siostra nie może po mnie przyjechać i zawieść bo on do pracy musi. Gwoli wyjaśnienia, prowadzi własną firmę i jeśli nie ma go jeden dzień lub nie sprawdzi w necie, w mailach czy coś się sprzedało to firma pada, przestaje działać, dzieje się źle… z jego mózgiem.

Trochę łyso mi się zrobiło, że muszę się Go prosić. Ale cóż… życie.

Przyjechał. Zawiózł. A gdy okazało się, że jeszcze muszę zrobić prześwietlenie to zdecydował, że jednak brat pójdzie otworzyć sklep. Wcześniej było to zbyt trudne do ogarnięcia, bo jak widać nie lubi się prosić jak ja.

Potem odwiózł do rodziców pełen poświęcenia, jedząc przy kierownicy kanapki, które mu zrobiłam na drogę „do” i „z” lekarza, podkreślając, że nie zdążył wcześniej bo musiał jechać do mnie, a potem chciał zdążyć do pracy. No tak, moja wina bo wstał nie jak zwykle o 9, ale o 8, a wiadomo, że jak plan jest zachwiany, jak się wprowadza poprawki to powstaje chaos i ciężko się odnaleźć.
Ja zostałam u rodzinki, On pojechał do pracy, potem na kosza, potem do domu wykąpać się po meczu (tam zawsze zimna woda) i POSPRZĄTAĆ, a potem na wieczór do nas pod las.

Przyjechał o 21 zmęczony okrutnie. Nie zdążył się wykąpać bo sprzątał i tyle mu zeszło.

Wróciliśmy następnego dnia, podrzucając przy okazji moją ciotkę na autobus. Podczas drogi pokłócił się ze mną, bo wspomniał jej, że na razie mamy 3 pokoje i to nam wystarcza, ale przyszłościowo patrząc to mało. Wtrąciłam, że mi starczy i nie mam zamiaru doładowywać sobie kolejnego pomieszczenia do sprzątania. Odrzekł, że przecież sprzątaczkę zatrudnimy. Odpowiedziałam, że nie chcę, czym Go mocno sprowokowałam do poniesienia głosu, ostentacyjnego trzepnięcia rękoma o kierownicę i wybuchu:
- Ale o czym Ty mówisz!… bla bla bla… będziemy mieć pieniądze… bla bla bla… jakąś Ukrainkę… bla bla bla… dużo nie biorą… bla bla bla…
- Nie chcę żadnej Ukrainki!
- Magda! (i znów buch w kierownicę)… bla bla bla…
- Dobraaa, zatrudnimy Ukrainkę i Wietnamkę… – próbowałam zamknąć temat bo głupio tak przy ciotce, a poza tym, zanim będziemy mieć te 50 pokoi to trochę potrwa… trochę długo… na razie na moim koncie widnieje 64 złote.

Ciotka wysiadła, a my podjechaliśmy do siostry zawieść jej kiełbasę… nie omieszkam dodać, że mimo, iż mamy do niej po drodze, to mąż dwa razy zapytał, czy sama nie może do nas po nią podjechać? Nie ma to jak wzajemny szacunek i poświęcenie dla rodziny.

A w mieszkaniu? Posprzątane… w zmywarce… w sensie, że wyjął z niej to co się uprało. Brawo!!!! Kuweta dla kotów sprzątnięta!!! Jeeeeee!!! Brawo!!!! Iiii… i? Tyle. Czego oczekiwałam więcej? Może chociaż machnięcia parę razy miotłą? Za dużo? Hymmmm to może przynajmniej wstawione jedno pranie? Nieee? Też przegięłam?

Mąż siadł z małym na podłodze, ja posprzątałam łazienkę, wstawiałam 3 pralki. Raz nawet pikoczącą pralkę wyłączył i otworzył drzwiczki, żeby łatwiej mi było potem wyjąć pranie… kochaaanyyyyy!! Potem zdjęłam z suszarki to co wysuszone, pozmiatałam, wymopowałam bo coś się kleiło pod stołem w kuchni… jakiś keczup albo sos… albo wino… w międzyczasie kasłałam, smarkałam i… cieszyłam się, że znów jestem w domu…

Zapewne po tym jak opublikuję to co powyżej to pewnie jeszcze bardziej nie będziemy się do siebie odzywać, ale może dzięki temu opanujemy język migowy? Zawsze chciałam nauczyć się perfekcyjnie jakiegoś języka, a teraz jest szansa.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Dziecko za karę?

Za każdym razem jak widzę, że kolejna osoba kliknęła „Lubię to” tu, o tuuu… czuję się zaskoczona. Dopada mnie niezręczność i mam chęć te moje palce speszone i niepewne powkręcać w fałdy materiału w spódnicy, której nie noszę… Potem wyobrażam sobie, że wcale tu nikogo nie ma i nikt tego nie przeczyta. Mówię sobie: nooo już… 3,2,1 start! Iiiiii siadam na schodku kapsuły, którą się wyrzucam w stratosferę tam gdzie wcześniej był Feliks Baumgartner. I mówię sama do siebie, pod nosem do maleńkiej przestrzeni kasku…
…i mówię, opowiadam, wspominam jak to było gdy dla niektórych były dni wolne od pracy, takie wiosenne i ludzie się zbierali i biesiadowali. I my, czyli rodzina trzyosobowa moja i rodzice i siora ze szwagrem i swą wesołą gromadką. Było miło, pomimo, że ciągle ktoś pluje na świat i charcha śliną spienioną… zamiast to łykać, wsysać z powrotem ustami, nosem, czymkolwiek… nawet ssakiem do odciągania śliny dla niepełnosprawnych…
Ale wracając do tematu, wiosną tą, w wolne dni, które przynależą do kościoła, stoły zastawione stały i się uginały. Jedzenie znikało z prędkością światła, jakby przerwano strajk głodowy, jakby pomoc nadeszła dla krajów trzeciego świata. Mlaskanie, oblizywanie, palców ssanie, mruczenie i nieustanne zadowolenie, masowanie brzuchów, fałszywe odmawianie i mówienie „już nie zmieszczę”.
Usta, zęby, ślina, mlask, mlask – jajeczko, usta, zęby, ślina, mlask, mlask – mięsko, usta, zęby, ślina, mlask, mlask – ziemniaczki, usta, zęby, ślina, mlask, mlask – sałatka, usta, zęby, ślina, mlask, mlask – szyneczka w galarecie, usta, zęby, ślina, mlask, mlask – wódeczka, naleweczka… i tak w koło, weekend cały.
Po goszczeniu w sobotę i w niedzielę, dla odmiany gościliśmy my w poniedziałek i wtorek. Pierwszego dnia przyszło kilka osób, między innymi para małżeńska z dzieckiem, czyli duża mama, mały tata + roczna dziewczynka. Mała olała rodziców, gości, mego w jej wieku pierworodnego i bawiła się sama. Cały wieczór. Cały. Nie reagowała jak do niej mówiłam, jak wołałam ją po imieniu. Chyba nie przyzwyczajona chyba, że się do niej mówi…
Jej duża mama za to mówiła cały czas, głośno, donośnie, pewna siebie… do gości, czasami patrzyła co robi dziewczynka i mówiła:
– Ojciec, weź dziecko.
Zagadała też do mnie:
- Nie uważasz, że ta moja to taka poważna, przy twoim?
- Noooo, może trochę tak – odpowiedziałam. A ona dumna, że jej mała jest stara, poważna, że się nie uśmiecha i nie śmieje. Ani razu przez te 5 godzin, które byli u nas. Ani kawałeczka uśmiechu, ani ni ni ni…
- Ona tak zawsze sama się bawi? – tym razem ja zadałam pytanie.
- Tak. W ciągu całego dnia to może z godzinę, półtorej bawię się z nią, a tak to ona sama. – Duma, dumaaa pani mamy, a mnie żal…
- Ja raczej taka skacząca koło malucha… – mówię.
- Ale wież, że to nie za dobrze?!
- W przyszłości może nie, ale teraz jest ok.
…potem mała zaczęła płakać…
- Idź się wybecz i dopiero przyjdź do mnie – usłyszała.
Zamarłam. Skamieniałam. Ogłupiałam.
Matce dużej chyba też trochę głupio się zrobiło bo dodała:
- Idź do ojca. Ojcieeec! Weź małą!
Tak myślę o tej małej mimo, że odwiedziła nas w poniedziałek, a dziś już czwartek… i wydaje mi się, że siedzi ze mną, wisi obok w swojej małej kapsule w stratosferze. Tylko, że ja z wyboru dla wyciszenia, odreagowania i sił nabrania, a ona bo jej nikt nie zauważa i wytworzyła sobie swój kosmos, swój świat…
- Będziecie się starać o drugie? – zapytałam z lękiem ale na szczęście zanegowała… trochę dziwnie, ale dobrze, że nie…
- No co tyy, w życiu! – usłyszałam.
Dlaczego niektórzy mają dzieci za karę? Smutne to. Mnie też bywa ciężko, ale nigdy nie powiedziałam ani jednego krzywego słowa o Sprężynie… i nie powiem. Bardzo go chciałam i nie żałuję.
Sprężyna teraz śpi. Czekam spokojnie aż wstanie, a potem do wieczora spędzę z Nim czas na podłodze pośród samochodzików, klocków i innych zabawek… bo lubię, bo chcę… i tulić będę i całować za każdym razem gdy podstawi mi czółko i będę szeptać cicho: nie leć w stratosferę, tu fajniej, tu ze mną, z Gorylem i kotami.

Nieposkromiona Żona na fejsie

Duma mężo-ojca, załamka żono-matki

Wiosna, wiosna, będzie znowu trawa rosła… eche już od razu wyskoczy z pół metra! Za oknem śnieg, pomimo, że już prawie kwiecień. Boje się wyglądać przez szybę bo to co za nią to już nie jest zwykła zima… teraz mogę tylko rzec, że pizga złem!
Pani z warzywniaka mówi, że się i tak dzielnie trzymam bo inne mamy, które wpadają do niej co jakiś czas, nie wychodzą tak codziennie z dziećmi w wózkach. Czekają.
Ja już nie czekam. Już nadzieja mnie opuściła. Myślę, że trzeba zrobić jakiś orędzie do narodu panie prezykurwasługusiebezwąsówdencie i powiedzieć prawdę, że globalne ozimnienie, że po globalnym ocipieniu teraz inne gówno nastąpiło, że już nigdy nie będzie ciepło i dla rozrywki to możemy igloo budować, a zamiast przepłacać w komorach do krioterapii po prostu wystarczy wychodzić przed budynki, na chodniki, na łąki, na pola w samych majtasach! Trzeba mówić prawdę! Trzeba sypać ją jak śnieg! Prosto w ryj!
Wiosny już nie będzie! Cały rok w blokach reklamowych będzie się dominować gripeks i neoangin. A zamiast alerteku pojawią się antyepresanty… echhh…
Gdy byłam małą dziewczynką po osiedlu plotka krążyła, że Walt Disney chorował ciężko i kazał się zamrozić zanim zemrze, żeby po wynalezieniu sposobu na nieśmiertelność odmrozić go i wypróbować na nim. Dzieciaki mówiły też, że jego ciało znajduje się w USA w specjalnej kapsule. Mam chęć zadziałać tak samo bo od tej niekończącej się zimy zaczynam chorować na melanchujnię, na zastyganie ciała i myśli nieporuszanie. Specjalistyczna kapsuła nie będzie mi potrzebna. Wystarczy, że położę się na balkonie i po prostu zamarznę, a to nie będzie trudne.
Większość ludzi dopadła już depresja zimowa. Widzisz te ponure twarze bez emocji, z zaciśniętymi usteczkami, które co jakiś czas sztywno i koślawo cedzą słowo ”rezygnacja”? Mają oczy jak u ruskich lalek, które jak się je potrząśnie to zamykają i otwierają powieki trzepocząc kilometrowymi rzęsami. To wszystko przypomina film z przystojnym Ewanem McGregorem i Evą Green w filmie „Ostatnia miłość na ziemi”.
Tam najpierw ludzie stracili węch, a potem smak. Świat zdziwniał, a ludzie próbowali ze wszystkich sił ocucić swoje zmysły. Potem gdy zrozumieli, że nic się nie da zrobić, oszukiwali je i oszukiwali się, i udawali, że da się bez nich żyć. Później przestali słyszeć i uszy zamknęły im się na słowa, na dźwięki. I żyli bez smaku, bez słów, bez nut. Mieli już tylko wzrok i czucie… ale po jakimś czasie i oczy przestały działać… a co było dalej trzeba samemu zobaczyć. Zdradzać nie będę. Film niesamowity. Siedzi we mnie mimo, że obejrzałam go mymi widzącymi tylko śnieg oczyma, ponad rok temu gdy dziecko jeszcze we mnie pływało.
A dziecko lekko ponad roczne to już nie takie nic. To już WIELKIE coś, co wszystko zbiera w sobie, chowa jak papuga. To małe xero i skaner. Przebierając go pewnego ranka z piżamki nocnej w ciuszki dzienne, zauważyłam, że podkłada sobie skarpety pod nos. Wącha. Sprawdza jak jego tata, czy do chodzenia jeszcze się nadają. Ręce, cycki i wszystko co tylko mogło mi opaść, opadło i zderzyło się z suchym pac z podłogą.
Poinformowałam o tym mego szanownego. Słuchając tej porankowej opowiastki pompował się powietrzem dumny jak supermen gotowy do odlotu. Czekałam aż szybko na dresik naciągnie czerwone majtki, wyciągnie do góry rękę i krzyknie: „up up and away!”, a potem odleci zbawiać świat i uczyć inne dzieci.
Duma mężo-ojca, załamka żono-matki.

Nieposkromiona Żona na fejsie